Uwaga. Nastąpił przełom.
Skończyłam 30 lat, nie ma bata - rozpoczął się czwarty krzyżyk. Koniec.
Dzieci mi rosną i jakoś pępowina się wyciągnęła, w tym roku dwie sztuki lecą do przedszkola już od 1 września, jedna luzem jeszcze mi się po domu pętać będzie. I zacznę działać na zasadzie - Żydu kup se kozę, Żydu sprzedaj kozę, no bo co ja zrobię z tym luzem na cały dzień...?
wczoraj z przyjaciółką szkolną zapragnęłyśmy rozpocząć inicjatywę prywatną, planyśmy rozciągnęły urocze, były wizje chawiry na Bahamach cz też innych Azorach, ale po przyjrzeniu się pomysłowi strach mnie, hmmm, przeleciał. Mój cudny mąż pragnął mnie wesprzeć, ale, cholera jasna, nieco inaczej to wyszło, czarna dupa gdzie nie spojrzeć.
Obecnie jestem na urlopie wychowawczym, pracę mam za grosze, no nie ukrywam - nie stać mnie na pracę za taką kwotę, u kogoś nie zarobię pewno więcej, więc zostaje mi własna inicjatywa. Boję się.
Nie wiem czego właściwie. To znaczy wiem - skąd wezmę pieniądze, żeby rozkręcić, żeby cło, opłaty.
Światło się zjawiło w postaci M. Rzeczona M powiedziała, że trzeba korzystać z unijnej kasy. No i ma rację. Ale że ja głąb kapuściany jestem jeśli chodzi o tematy bardziej skomplikowane - a dotacje są nimi niewątpliwie - M obiecała dopomóc w wypełnieniu papierów.
A cóż mi szkodzi, na Boga! Cud, szansa i spełnione marzenia, jeśli się załapię i kasę dostanę. Zrobię prawko i kupię jakiego grata, byleby się toczył. Na początek będę miała fundusze, żeby krwiopijcom ze skarbówki płacić haracz. Projektowcy mnie wyszkolą w każdą stronę, a ja będę miała szansę na to czego pragnę - pracę w domu.
Wstaję rano, dzieci do szkoły (autem bym wiozła, tym za unijne pieniądze, hehehehe), ja po zakupy i obiad nastawiam. Obiad się pichci, a ja pracuję, w ciszy, spokoju. Szykuję paczki, jadę na pocztę, odbieram potomstwo z placówki edukacyjnej, jazda do domu. Obiad, lekcje, pewno znowu praca, ale czas na te lekcje i spokojne upilnowanie pralki z kotłującym się odzieniem licznej (bo wtedy by się policzniła familia!)rodziny, bez jęzora na brodzie, codzienne sprzątanie - moje marzenie. Które ma szanse się spełnić.
czy na prawdę trzeba bać się zmian...? Chyba nie. Chyba tak. Nie wiem.
Zależy, co stawiamy na szalę. Jeśli nie mamy zbyt wiele do stracenia, a jest o co walczyć, to ryzyko jest wskazane. No i co. Biorę ja tego byka za rogi, ryzyko właściwie żadne, więc co tam. No kto jak nie ja...?
Ale strach żre, ze może się nie uda, ze kopyto się podwinie, ze nie dam rady...
jednakowoż piękną myśl znalazłam....oooo:

no. I to byłoby wszystko. Do przodu się trza patrzeć...!!!!!
Skończyłam 30 lat, nie ma bata - rozpoczął się czwarty krzyżyk. Koniec.
Dzieci mi rosną i jakoś pępowina się wyciągnęła, w tym roku dwie sztuki lecą do przedszkola już od 1 września, jedna luzem jeszcze mi się po domu pętać będzie. I zacznę działać na zasadzie - Żydu kup se kozę, Żydu sprzedaj kozę, no bo co ja zrobię z tym luzem na cały dzień...?
wczoraj z przyjaciółką szkolną zapragnęłyśmy rozpocząć inicjatywę prywatną, planyśmy rozciągnęły urocze, były wizje chawiry na Bahamach cz też innych Azorach, ale po przyjrzeniu się pomysłowi strach mnie, hmmm, przeleciał. Mój cudny mąż pragnął mnie wesprzeć, ale, cholera jasna, nieco inaczej to wyszło, czarna dupa gdzie nie spojrzeć.
Obecnie jestem na urlopie wychowawczym, pracę mam za grosze, no nie ukrywam - nie stać mnie na pracę za taką kwotę, u kogoś nie zarobię pewno więcej, więc zostaje mi własna inicjatywa. Boję się.
Nie wiem czego właściwie. To znaczy wiem - skąd wezmę pieniądze, żeby rozkręcić, żeby cło, opłaty.
Światło się zjawiło w postaci M. Rzeczona M powiedziała, że trzeba korzystać z unijnej kasy. No i ma rację. Ale że ja głąb kapuściany jestem jeśli chodzi o tematy bardziej skomplikowane - a dotacje są nimi niewątpliwie - M obiecała dopomóc w wypełnieniu papierów.
A cóż mi szkodzi, na Boga! Cud, szansa i spełnione marzenia, jeśli się załapię i kasę dostanę. Zrobię prawko i kupię jakiego grata, byleby się toczył. Na początek będę miała fundusze, żeby krwiopijcom ze skarbówki płacić haracz. Projektowcy mnie wyszkolą w każdą stronę, a ja będę miała szansę na to czego pragnę - pracę w domu.
Wstaję rano, dzieci do szkoły (autem bym wiozła, tym za unijne pieniądze, hehehehe), ja po zakupy i obiad nastawiam. Obiad się pichci, a ja pracuję, w ciszy, spokoju. Szykuję paczki, jadę na pocztę, odbieram potomstwo z placówki edukacyjnej, jazda do domu. Obiad, lekcje, pewno znowu praca, ale czas na te lekcje i spokojne upilnowanie pralki z kotłującym się odzieniem licznej (bo wtedy by się policzniła familia!)rodziny, bez jęzora na brodzie, codzienne sprzątanie - moje marzenie. Które ma szanse się spełnić.
czy na prawdę trzeba bać się zmian...? Chyba nie. Chyba tak. Nie wiem.
Zależy, co stawiamy na szalę. Jeśli nie mamy zbyt wiele do stracenia, a jest o co walczyć, to ryzyko jest wskazane. No i co. Biorę ja tego byka za rogi, ryzyko właściwie żadne, więc co tam. No kto jak nie ja...?
Ale strach żre, ze może się nie uda, ze kopyto się podwinie, ze nie dam rady...
jednakowoż piękną myśl znalazłam....oooo:

no. I to byłoby wszystko. Do przodu się trza patrzeć...!!!!!



















A próba nie strzelba to moje motto życiowe