Jesień=choroby. Choroby=wspieranie koncernów farmaceutycznych.
czyli upraszczając jesień=bankructwo.
Końca nie widać. Od września rozpoczęliśmy sezon. No i się skończyć nie chce. Taki sezon chorobowy to u nas sztafeta.
Zaczyna się od pierwszego smarka. Tudzież szczeknięcia. W placówce edukacyjnej, czyli miejscu mutowania się i radosnego życia rozpustno-orgialnego wirusów i bakterii, delikwent łapie coś. Przynosi. Zapada. Pędem gnam do apteki i nabywam preparaty ratujące. Za grube setki oczywiście. W połowie jego chorowania, tudzież pod koniec, okazuje się, że kolejny ma te same objawy. Oczywista Znów pędzę do apteki po środki. Zdążę wrócić z apteki i okazuje się, ze także trzecie trzeba zacząć ratować żeby nie zapadło. Zwykle okazuje się, że już po ptakach i po kilku dniach, kiedy to pierwsze już z zapaści wylazło, to trzecie chychra. I zapada oczywiście. Znów apteka, poprzedzona jak zwykle wizytą u medyka - no znają mnie już w tej przychodni, ba, jak dzwonie to poznają mnie po głosie i już nie muszę podawać danych zdechlaków. Już nawet wiadomo, do którego lekarza pragnę.
Jak już dostanę recepty, idę się wyzbyć kolejnych stówek. Tą metodą odechciewa mi się chorowania, bo leki dla mnie to już jest wydatek ponad moje pragnienia, wolę sobie kupić coś innego niż leki. I mam rację. Chociaż nic innego nie kupię, bo chłop się rozkłada. 37 stopni a on umiera i każe spisywać testament. I znowu leki.
Po prawie dwóch miesiącach nie mam w domu ani jednego smarka. dzieciarnia w przedszkolu przebywa cztery dni. Jeden wraca zakaszlały a wieczorem ma 38 stopni z kawałkiem.
Wymawiam pewien związek frazeologiczny, dwuwyrazowy, złożony z brzydkiego słowa i niebrzydkiego.
Podaję leki, ale okazuje się, że przy ostatnim leczeniu wszystko zostało wyćpane. I znów apteka. I tydzień w domu, w tak zwanym międzyczasie jeszcze jedno zaczyna smarkać. Inhalator w ruch, syropy, kropelki, maści. Ostatecznie zwykle jest tak, że dwójkę udaje się uciszyć tym co mam, ale trzeci ląduje u medyka. Znowu.
karta stałego pacjenta dla nas. I przyjmowanie poza kolejnością.
Jest ratunek. Bielinek dostał leki na astmę, pół siaty, wszak po mamusi alergię dostał oraz skłonności do obturacji i innych takich, jest szansa, ze w tym kwartale przestanie kasłać.
Paciusi zbastował i zaprzestał duszności, za to kaszle radośnie.
Biszkoptowi glut znów zajął nozdrza.
Powinnam mieć przyznaną specjalizację z zakresu pediatrii i pulmonologii. zaczynam zabawę - Jerz wali z danym smarkiem do medyka, a ja obstawiam co dostanie. I co powinien dostać. I się, kurka, zgadza.
ech, pora zapisać się na studia medyczne, przynajmniej tytuł będę miała i bloczek recept.
W moim domu bakterie i zarazki mają taką imprezę, że co raz przysypiają, a potem znowu zaczynają, z przytupem. A ja miast spać nocami, to knuję, jak się wyzbyć tego dziadostwa. kto wie, może dzięki temu zapracuję na Nobla. Albo zamyślę się na śmierć.
czyli upraszczając jesień=bankructwo.
Końca nie widać. Od września rozpoczęliśmy sezon. No i się skończyć nie chce. Taki sezon chorobowy to u nas sztafeta.
Zaczyna się od pierwszego smarka. Tudzież szczeknięcia. W placówce edukacyjnej, czyli miejscu mutowania się i radosnego życia rozpustno-orgialnego wirusów i bakterii, delikwent łapie coś. Przynosi. Zapada. Pędem gnam do apteki i nabywam preparaty ratujące. Za grube setki oczywiście. W połowie jego chorowania, tudzież pod koniec, okazuje się, że kolejny ma te same objawy. Oczywista Znów pędzę do apteki po środki. Zdążę wrócić z apteki i okazuje się, ze także trzecie trzeba zacząć ratować żeby nie zapadło. Zwykle okazuje się, że już po ptakach i po kilku dniach, kiedy to pierwsze już z zapaści wylazło, to trzecie chychra. I zapada oczywiście. Znów apteka, poprzedzona jak zwykle wizytą u medyka - no znają mnie już w tej przychodni, ba, jak dzwonie to poznają mnie po głosie i już nie muszę podawać danych zdechlaków. Już nawet wiadomo, do którego lekarza pragnę.
Jak już dostanę recepty, idę się wyzbyć kolejnych stówek. Tą metodą odechciewa mi się chorowania, bo leki dla mnie to już jest wydatek ponad moje pragnienia, wolę sobie kupić coś innego niż leki. I mam rację. Chociaż nic innego nie kupię, bo chłop się rozkłada. 37 stopni a on umiera i każe spisywać testament. I znowu leki.
Po prawie dwóch miesiącach nie mam w domu ani jednego smarka. dzieciarnia w przedszkolu przebywa cztery dni. Jeden wraca zakaszlały a wieczorem ma 38 stopni z kawałkiem.
Wymawiam pewien związek frazeologiczny, dwuwyrazowy, złożony z brzydkiego słowa i niebrzydkiego.
Podaję leki, ale okazuje się, że przy ostatnim leczeniu wszystko zostało wyćpane. I znów apteka. I tydzień w domu, w tak zwanym międzyczasie jeszcze jedno zaczyna smarkać. Inhalator w ruch, syropy, kropelki, maści. Ostatecznie zwykle jest tak, że dwójkę udaje się uciszyć tym co mam, ale trzeci ląduje u medyka. Znowu.
karta stałego pacjenta dla nas. I przyjmowanie poza kolejnością.
Jest ratunek. Bielinek dostał leki na astmę, pół siaty, wszak po mamusi alergię dostał oraz skłonności do obturacji i innych takich, jest szansa, ze w tym kwartale przestanie kasłać.
Paciusi zbastował i zaprzestał duszności, za to kaszle radośnie.
Biszkoptowi glut znów zajął nozdrza.
Powinnam mieć przyznaną specjalizację z zakresu pediatrii i pulmonologii. zaczynam zabawę - Jerz wali z danym smarkiem do medyka, a ja obstawiam co dostanie. I co powinien dostać. I się, kurka, zgadza.
ech, pora zapisać się na studia medyczne, przynajmniej tytuł będę miała i bloczek recept.
W moim domu bakterie i zarazki mają taką imprezę, że co raz przysypiają, a potem znowu zaczynają, z przytupem. A ja miast spać nocami, to knuję, jak się wyzbyć tego dziadostwa. kto wie, może dzięki temu zapracuję na Nobla. Albo zamyślę się na śmierć.


















