Dziecię me, Bielinek, po ostatniej wizycie u pulmonologa otrzymał zestaw leków i na bieżąco i w razie "W". Trzy pozycje na recepcie były, w tym jedna z nich w trzech egzemplarzach, ponieważ Pani Doktor podsunęła mi informację, ze w jednej z aptek tenże lek jest w cenie jednego grosza a nie 70 zł, więc w ramach zapasu zapisze mi trzy paki. Ucieszyła mi się paszcza.
Na drugi dzień pognałam Jerza ku aptece rzeczonej. I tu pierwsza mina - sama mogłam podjechać po lekarzu, wszak to była kwestia dwóch przystanków, ale jakaś pomroczność jasna mnie ogarnęła i wmówiłam sobie, ze to w ogóle na drugim końcu miasta. I że nie ma siły, nie jadę. No ale Jerz autem się porusza, no to co mu szkodzi. Pojechał zatem gnany mymi niejasnymi, jak się okazało wskazówkami. Mówię chłopu - weź mi przede wszystkim ten ostatni lek co jest na recepcie, bo w tej aptece jest po groszu, reszta w tej samej mniej więcej cenie będzie, więc mi tak bardzo nie zależy w tej akurat aptece, ale ten po grosiku nabądź. Pojechał. Przyjechał. W siatce rzeczony preparat po groszu zakupion plus jeszcze jeden. Mniej ważny. Ten bardziej ważny z mniej ważnych miał być na jutro. (chodziło tu o wzieweczkę, którą musiałam podać na już). Pytam, czy dostał jaką karteczkę, czy coś - nie. Nie dostał, ma przyjechać. Pojechał na drugi dzień, pani aptekarka zadziwiona, bo recepty Bielinkowej nie ma, w ogóle o co chodzi. Jerz tłumaczy, że był, że nie było leku, że miał być na dzisiaj. Pani wielkie oczy zrobiła, przepyrala aptekę, po recepcie ani śladu, Jerz zapodał numer paragonu, godzinę, co było kupione, no wszystko - nic. Pani zadzwoniła do tej co była dzień wcześniej, okazało się, że tamta zabrała receptę do domu. Więc niechaj Jerz przyjedzie jutro, to wydadzą. Pojechał zatem. Wczoraj był pierdzielony trzynasty. i co. Powiedziały, ze nie wydadzą leku, bo przecież on zrezygnował. I że recepta już zaksięgowana czy coś tam. Szlag jasny mnie trafił, bo ja przez ich brak myślenia nie będę teraz latała do lekarza po kolejną receptę na miłość boską!!!! zadzwoniłam tam. Porozmawiałam z panią kierownik i jakoś wymieniając zdania, bardzo krótko, stanowczo ale grzecznie, pani doszła do wniosku, że to nieporozumienie i że lek jest do odebrania, bo przecież nie będzie robiła konfrontacji pracownika z klientem, prawda.
Ich szczęście, ze się nie rozkręciłam. Nie bardzo mogłam zresztą, bo mi dwoje dzieci wisiało na nodze, pies wskakiwał mi na plecy, trzecie dziecko domagało się szybszego smażenia placków kukurydzianych, które już miałam oczywiście na patelni, czwarte dziecko krzyczało z toalety, żeby mu zad wytrzeć po czynności wiadomo jakiej, a piąte dziecko gdzieś się zakopało i nie odzywało. Cudowne rozmnożenie dzieci nastąpiło dzięki dwóm synkom sąsiadów. A także dzięki ich psu.
Uspokojona zadzwoniłam do Jerza, ze może jechać po tę kość niezgody. I cóż się okazało...? Mój mąż właśnie zmieniał koło, bo najechał na jakieś żelastwo i złapał tak zwaną gumę.
Trzynasty, w dupę, no.
Dobrze, że skończyło się tylko na awanturze i dziurawym kole. Choć koszty natłukły się tak przy okazji.
jaki z tego morał...? Ode mnie się przeklęty trzynasty nigdy nie odczepi!!!!!
Na drugi dzień pognałam Jerza ku aptece rzeczonej. I tu pierwsza mina - sama mogłam podjechać po lekarzu, wszak to była kwestia dwóch przystanków, ale jakaś pomroczność jasna mnie ogarnęła i wmówiłam sobie, ze to w ogóle na drugim końcu miasta. I że nie ma siły, nie jadę. No ale Jerz autem się porusza, no to co mu szkodzi. Pojechał zatem gnany mymi niejasnymi, jak się okazało wskazówkami. Mówię chłopu - weź mi przede wszystkim ten ostatni lek co jest na recepcie, bo w tej aptece jest po groszu, reszta w tej samej mniej więcej cenie będzie, więc mi tak bardzo nie zależy w tej akurat aptece, ale ten po grosiku nabądź. Pojechał. Przyjechał. W siatce rzeczony preparat po groszu zakupion plus jeszcze jeden. Mniej ważny. Ten bardziej ważny z mniej ważnych miał być na jutro. (chodziło tu o wzieweczkę, którą musiałam podać na już). Pytam, czy dostał jaką karteczkę, czy coś - nie. Nie dostał, ma przyjechać. Pojechał na drugi dzień, pani aptekarka zadziwiona, bo recepty Bielinkowej nie ma, w ogóle o co chodzi. Jerz tłumaczy, że był, że nie było leku, że miał być na dzisiaj. Pani wielkie oczy zrobiła, przepyrala aptekę, po recepcie ani śladu, Jerz zapodał numer paragonu, godzinę, co było kupione, no wszystko - nic. Pani zadzwoniła do tej co była dzień wcześniej, okazało się, że tamta zabrała receptę do domu. Więc niechaj Jerz przyjedzie jutro, to wydadzą. Pojechał zatem. Wczoraj był pierdzielony trzynasty. i co. Powiedziały, ze nie wydadzą leku, bo przecież on zrezygnował. I że recepta już zaksięgowana czy coś tam. Szlag jasny mnie trafił, bo ja przez ich brak myślenia nie będę teraz latała do lekarza po kolejną receptę na miłość boską!!!! zadzwoniłam tam. Porozmawiałam z panią kierownik i jakoś wymieniając zdania, bardzo krótko, stanowczo ale grzecznie, pani doszła do wniosku, że to nieporozumienie i że lek jest do odebrania, bo przecież nie będzie robiła konfrontacji pracownika z klientem, prawda.
Ich szczęście, ze się nie rozkręciłam. Nie bardzo mogłam zresztą, bo mi dwoje dzieci wisiało na nodze, pies wskakiwał mi na plecy, trzecie dziecko domagało się szybszego smażenia placków kukurydzianych, które już miałam oczywiście na patelni, czwarte dziecko krzyczało z toalety, żeby mu zad wytrzeć po czynności wiadomo jakiej, a piąte dziecko gdzieś się zakopało i nie odzywało. Cudowne rozmnożenie dzieci nastąpiło dzięki dwóm synkom sąsiadów. A także dzięki ich psu.
Uspokojona zadzwoniłam do Jerza, ze może jechać po tę kość niezgody. I cóż się okazało...? Mój mąż właśnie zmieniał koło, bo najechał na jakieś żelastwo i złapał tak zwaną gumę.
Trzynasty, w dupę, no.
Dobrze, że skończyło się tylko na awanturze i dziurawym kole. Choć koszty natłukły się tak przy okazji.
jaki z tego morał...? Ode mnie się przeklęty trzynasty nigdy nie odczepi!!!!!



















Moj 13 to szczesliwy dzionek.. dziecie mi się narodziło trzynastego...