Jak wiadomo, dzieciarnia szeroko pojęta jest pod wieloma wpływami. Między innymi pod wpływem telewizji. I teraz weź i tłumacz, że to co zapodają w tym telewizorze to ściema jest na resorach. No wiadomo, bajka to bajka i nie powtarzamy tego w domu (choć me potomstwo ogląda bajki nieszkodliwe, pomijając dwa odchyłki - Wilka i Zająca oraz Toma i Jerry'ego, a tam dzieje się różnie), film to film i w rzeczywistości domy nie latają a krowy nie mówią.
Ale rzecz się ma inaczej, kiedy w grę wchodzi reklama.
W mordę.
Magiczny świat pyszności i piękności. No i nie trzeba było długo czekać na efekty, otóż:
siedzę ja sobie przedwczoraj, gadam z siostrą przez telefon - mam słuchawki, bo mi Cezariusz w szpitalu tefalon sokiem zalał i przez słuchawki lepiej słyszę. No i siostra snuje opowieść jakąś, przez co mam jeno wizję bez fonii jeśli idzie o me dzieci. Jej słucham, na nich patrzę, łażą i klaszczą, jakby bociany udawali, tak ręce mają wyciągnięte przed siebie i klap! O co chodzi, myślę, wyjmuję słuchawkę z ucha i pytam - cóż czynicie...? Wszak wszystkie trzy tak łaziły. Na co słyszę - Mamusiu! plubujemy wycalować sobie lodówkę z mlecną kanapką i nam nie wychodzi, ty splubuj!!!. ja w ryk, siostra się usmarkała, albo odwrotnie, no ale kłapię łapami jak sonki i nic!!! Żadna lodówka mi z sufitu nie spada. Mówię - przykro mi, chłopaki, ja też nie umiem (ale ledwo powstrzymuję się od parsknięcia, wszak dla nich to jest poważna sprawa) Zawód na twarzach trzech, po chwili rozbłyska światełko nadziei - jak w Pomysłowym Dobromirze - idziemy do tatusia, może on potlafi!!
I w rzędzie wg wzrostu udali się do kuchni molestować ojca, który lekko zbaraniał po wysłuchaniu tego, co ma zrobić. Klepnął. Nie wyszło 
Dali się przekonać, że to taki myk na reklamę, ale jeszcze próbowali po tajniacku w pokoju.
Przyznam, że i ja żałuję nieudanych prób, bo takie dobre to sama bym pojadła. Nie żałuje jedynie moja kibić. Codzienne czarowanie kolejnej lodówki batoników mogłoby być zgubne dlań dalece.
Ale rzecz się ma inaczej, kiedy w grę wchodzi reklama.
W mordę.
Magiczny świat pyszności i piękności. No i nie trzeba było długo czekać na efekty, otóż:
siedzę ja sobie przedwczoraj, gadam z siostrą przez telefon - mam słuchawki, bo mi Cezariusz w szpitalu tefalon sokiem zalał i przez słuchawki lepiej słyszę. No i siostra snuje opowieść jakąś, przez co mam jeno wizję bez fonii jeśli idzie o me dzieci. Jej słucham, na nich patrzę, łażą i klaszczą, jakby bociany udawali, tak ręce mają wyciągnięte przed siebie i klap! O co chodzi, myślę, wyjmuję słuchawkę z ucha i pytam - cóż czynicie...? Wszak wszystkie trzy tak łaziły. Na co słyszę - Mamusiu! plubujemy wycalować sobie lodówkę z mlecną kanapką i nam nie wychodzi, ty splubuj!!!. ja w ryk, siostra się usmarkała, albo odwrotnie, no ale kłapię łapami jak sonki i nic!!! Żadna lodówka mi z sufitu nie spada. Mówię - przykro mi, chłopaki, ja też nie umiem (ale ledwo powstrzymuję się od parsknięcia, wszak dla nich to jest poważna sprawa) Zawód na twarzach trzech, po chwili rozbłyska światełko nadziei - jak w Pomysłowym Dobromirze - idziemy do tatusia, może on potlafi!!
Dali się przekonać, że to taki myk na reklamę, ale jeszcze próbowali po tajniacku w pokoju.
Przyznam, że i ja żałuję nieudanych prób, bo takie dobre to sama bym pojadła. Nie żałuje jedynie moja kibić. Codzienne czarowanie kolejnej lodówki batoników mogłoby być zgubne dlań dalece.



















