Cóż ja widzę. Na kalendarzu sierpień, niech pęknę jeśli to nie są wakacje i, kurteczka, letni miesiąc! 17 stopni za oknem, czarno i wtrętnie, ale panowie na budowie naginają od 6 rano mimo soboty.
Na placu zabaw leżą uschnięte liście, z nieba siąpi, chlupie, kapie czy w inny sposób zadeszaczawia, dzieci skwierczą w domu, mają pomysły że tylko hołubce wycinać i chcą na spacer. Jeszcze mnie nie pogięło. Jak deszcz i szarość to ja z domu za skarby świata nie wylezę.
Do środy pozostały 4 dni. Środa to początek nowego etapu w życiu mego Pierworodnego. Otóż Syn mój Biszkoptem zwany będzie przedszkolakiem. I to już etap "bez mamy". Żal mi, bo mam wciąż wrażenie, ze za mało z nim byłam. Dorośleje mi dziecko. Za rok wydorośleje drugie. A za dwa lata - trzecie.
Celem załagodzenia stresu przedszkolnego, zaopatrzyłam syna w atrybuty przedszkolne z ukochanym Buzzem Astralem. Poszewka na kołderkę do przedszkola, bluzki, nawet płaszczyk przeciwdeszczowy oraz majty. Do zakupienia pozostały mi rajstopki i kilka par skarpet oraz niby-ciapy na zmianę w razie niekontrolowanego siknięcia.
Worek na ciapy również z toj story.
Rok temu rozpoczęłam kampanię na rzecz spokojnego doprzedszkolapójścia. Powtarzałam, że jest tam miło, fajnie, przyjemnie, bla bla bla. Mógł się przekonać o tym już w marcu, bo były dni otwarte. Robił nawet pisanki. Oraz awantury przy wychodzeniu z poszczególnych sal.
W czerwcu były dni integracyjne. Moje dziecko dopiero na drugi dzień odezwało się do przemiłej Pani - przed wyjściem powiedział jej DO WIDZENIA
Trzysta osiemdziesiąt siedem milionów, dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy trzysta piętnaście razy powtarzałam rozkład dnia przedszkolaka. Teraz tłumaczę, ze po podwieczorku przyjdę. Juz wie co to podwieczorek i kiedy on będzie.
I chyba sama sobie to tłumaczę, bo on zaczyna to olewać.
Po każdym moim gadaniu powtarza wkurzone - DOBRZE MAMOOOOOO! albo WIEM, MAMOOOOOO!
ech. się zobaczy. Za kilka dni mój Maleńki Synuś będzie przedszkolakiem. Na pewno wyjącym na początku. Ja przezywam jak woźny wakacje. Choć wiem, ze przecież krzywda mu się nie stanie. Ale przeżywam. To coś jak ciężarny obrzęk mózgu, tyle ze ja wciąż czuję się jak przed maturą, a dziesięć lat temu miałam nadzieję, że to uczucie już nigdy się nie powtórzy
Na placu zabaw leżą uschnięte liście, z nieba siąpi, chlupie, kapie czy w inny sposób zadeszaczawia, dzieci skwierczą w domu, mają pomysły że tylko hołubce wycinać i chcą na spacer. Jeszcze mnie nie pogięło. Jak deszcz i szarość to ja z domu za skarby świata nie wylezę.
Do środy pozostały 4 dni. Środa to początek nowego etapu w życiu mego Pierworodnego. Otóż Syn mój Biszkoptem zwany będzie przedszkolakiem. I to już etap "bez mamy". Żal mi, bo mam wciąż wrażenie, ze za mało z nim byłam. Dorośleje mi dziecko. Za rok wydorośleje drugie. A za dwa lata - trzecie.
Celem załagodzenia stresu przedszkolnego, zaopatrzyłam syna w atrybuty przedszkolne z ukochanym Buzzem Astralem. Poszewka na kołderkę do przedszkola, bluzki, nawet płaszczyk przeciwdeszczowy oraz majty. Do zakupienia pozostały mi rajstopki i kilka par skarpet oraz niby-ciapy na zmianę w razie niekontrolowanego siknięcia.
Worek na ciapy również z toj story.
Rok temu rozpoczęłam kampanię na rzecz spokojnego doprzedszkolapójścia. Powtarzałam, że jest tam miło, fajnie, przyjemnie, bla bla bla. Mógł się przekonać o tym już w marcu, bo były dni otwarte. Robił nawet pisanki. Oraz awantury przy wychodzeniu z poszczególnych sal.
W czerwcu były dni integracyjne. Moje dziecko dopiero na drugi dzień odezwało się do przemiłej Pani - przed wyjściem powiedział jej DO WIDZENIA
Trzysta osiemdziesiąt siedem milionów, dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy trzysta piętnaście razy powtarzałam rozkład dnia przedszkolaka. Teraz tłumaczę, ze po podwieczorku przyjdę. Juz wie co to podwieczorek i kiedy on będzie.
I chyba sama sobie to tłumaczę, bo on zaczyna to olewać.
Po każdym moim gadaniu powtarza wkurzone - DOBRZE MAMOOOOOO! albo WIEM, MAMOOOOOO!
ech. się zobaczy. Za kilka dni mój Maleńki Synuś będzie przedszkolakiem. Na pewno wyjącym na początku. Ja przezywam jak woźny wakacje. Choć wiem, ze przecież krzywda mu się nie stanie. Ale przeżywam. To coś jak ciężarny obrzęk mózgu, tyle ze ja wciąż czuję się jak przed maturą, a dziesięć lat temu miałam nadzieję, że to uczucie już nigdy się nie powtórzy


















