Pamiętam.
12 grudnia 2007 roku.
Wstałam po niezbyt przespanej nocy, przeplatanej koszmarami, ale przeczucia utłukłam w głąb świadomości. Wstałam rano, umyłam się, ubrałam, wyszykowałam na czczo na badania - miałam robić krzywą cukrową, wszak byłam w ciąży Bielinkiem. Szłam przymotana nieco, z przekonaniem, że jak już wypiję tę wstrętną glukozę, to zadzwonię do Kasi i powiem, że piję ich zdrowie. Zdrowie Oskara. Dzień wcześniej Oskarek, nasz Lipczuś przeszedł rozległą operację serca. Przeżywałam to nieziemsko, z Kasią przegadałam morze czasu. Wieczorem późnym Kasia zadzwoniła, ze Oskarek jest już po, stan ciężki ale stabilny, wierzyłam, że co najgorsze już za nimi, mój Boże, jak się myliłam.
Poszłam do kiosku kupić gazetę, bo czekało mnie siedzenie po tej cholernej glukozie, a więc z czasem coś trzeba było zrobić. Gdy sobie wybierałam interesujące pozycje z półki, a była to 7:43, zadzwonił mi telefon w torbie, spojrzałam - Agusia dzwoni, nasza inna Lipcóweczka, odbieram uśmiechnięta i nagle się rozbeczałam na środku tego sklepu, ludzie patrzyli na mnie i nie wiedzieli czy mnie ratować czy cucić czy co. Agusia mi powiedziała, że w nocy Oskarek odszedł.
Nie pamiętam drogi na przystanek, płakałam, a właściwie wycierałam twarz, bo łzy płynęły same. Światełka choinkowe z wystaw były rozmazane, dźwięki świątecznych piosenek rozmyte, ogłuchłam i oślepłam. Zadzwoniłam do rodziców, bo bardzo się za Oskarka modlili, do mojej siostry co też w modlitwie trwała, płakali wszyscy. Nawet Bieluś w brzuchu najpierw nerwowo skakał, a potem się prawie nie ruszał. W poczekalni nie czytałam. Wciąż ktoś dzwonił, ryczałam, gębę miałam spuchniętą i czerwoną, nie mogłam uwierzyć. Wracając do domu zadzwoniłam do J. Sam się popłakał.
Wróciłam do domu na autopilocie. Popatrzyłam na Biszkopta i żal rozwalił mi kawałek serca na drobniutkie kawalątki. Reszty opisywać nie muszę. To był koszmar.
Potem rozmawiałam z Kasią.
Potem dziura.
Na dzień przed Pożegnaniem Oskara, zwanego Bródką, zamówiłyśmy mszę w Archikatedrze Lubelskiej. Ledwie wymówiłam intencję zamawianej mszy, zakonnica i ksiądz patrzyli na mnie z niepokojem, a ja myślałam że padnę na tej posadzce. Mówiąc płakałam przeokrutnie. Msza transmitowana była przez internet za pośrednictwem Radia ER, dzięki temu w tej mszy uczestniczyła i Kasia i nasze Lipcóweczki. O czym dowiedziałam się po samej mszy, bo zadzwoniła Kasia.
Nie mogłam uczestniczyć w Pożegnaniu Oskiego, bo bałam się o siebie i Bielinka, a do stolicy jest kawałek. Byłam tam myslami.
Mam przed oczami Chłopczyka. Zucha, który zmagał się z chorobą serduszka i wcale nie było widać, że coś mu dolega. Uśmiechnięta buzia, piękne oczyska no i ta Bródka.
Takiego Cię zapamiętam. Wracam do Twoich zdjęć. Patrzę na Twój uśmiech, oczy, na miłość Twojej Mamy do Ciebie, na Twoją miłość do Niej. Wiem, że TAM nie ma bólu, smutku, nieszczęscia. Że czuwasz nad Mamą i Braciszkiem. Ze ganiasz z Aniołkami z sąsiedztwa, że Bóg bierze Cię na kolana, tuli i pozwala Ci się bawić swoją brodą (zapleć mu warkoczyka ode mnie
). Matka Boża prowadza Cię za rękę po ogrodach i śpiewa kołysanki. Święty Józef zrobił Ci cudne krzesełko i stolik do rysowania oraz lepi z Tobą bałwany, a Święty Mikołaj dostarcza Ci prezenty w pierwszej kolejności. Że masz tam cieplutko i mięciutko, pewno też ważne sprawy na głowie - może jesteś czyimś Aniołem Stróżem...? Brakuje nam Ciebie tutaj, tęsknimy, ale wierzymy, że kiedyś tam się spotkamy.
Powiem Ci jeszcze, że opiekujemy się Twoją Mamą. Sam wiesz, ze jest cudną kobietą. W modlitwie zawsze pamiętamy, wspieramy całym jestestwem nawet, jeśli jej o tym nie mówimy. Miej w opiece Mamę, Hubcia i nas.
Zbliża się 19,00, za moment na naszych parapetach zapłonie dla Ciebie świeczuszka, zerknij na ziemię i popatrz, w ilu oknach palą się Płomyczki Pamięci w formie maleńkiego ogienka.
Pamiętamy i nigdy nie zapomnimy, Bródeczko. Było dla mnie zaszczytem poznać takiego Bohatera.
Spij w pokoju.
Twoja Ciocia Iza.
12 grudnia 2007 roku.
Wstałam po niezbyt przespanej nocy, przeplatanej koszmarami, ale przeczucia utłukłam w głąb świadomości. Wstałam rano, umyłam się, ubrałam, wyszykowałam na czczo na badania - miałam robić krzywą cukrową, wszak byłam w ciąży Bielinkiem. Szłam przymotana nieco, z przekonaniem, że jak już wypiję tę wstrętną glukozę, to zadzwonię do Kasi i powiem, że piję ich zdrowie. Zdrowie Oskara. Dzień wcześniej Oskarek, nasz Lipczuś przeszedł rozległą operację serca. Przeżywałam to nieziemsko, z Kasią przegadałam morze czasu. Wieczorem późnym Kasia zadzwoniła, ze Oskarek jest już po, stan ciężki ale stabilny, wierzyłam, że co najgorsze już za nimi, mój Boże, jak się myliłam.
Poszłam do kiosku kupić gazetę, bo czekało mnie siedzenie po tej cholernej glukozie, a więc z czasem coś trzeba było zrobić. Gdy sobie wybierałam interesujące pozycje z półki, a była to 7:43, zadzwonił mi telefon w torbie, spojrzałam - Agusia dzwoni, nasza inna Lipcóweczka, odbieram uśmiechnięta i nagle się rozbeczałam na środku tego sklepu, ludzie patrzyli na mnie i nie wiedzieli czy mnie ratować czy cucić czy co. Agusia mi powiedziała, że w nocy Oskarek odszedł.
Nie pamiętam drogi na przystanek, płakałam, a właściwie wycierałam twarz, bo łzy płynęły same. Światełka choinkowe z wystaw były rozmazane, dźwięki świątecznych piosenek rozmyte, ogłuchłam i oślepłam. Zadzwoniłam do rodziców, bo bardzo się za Oskarka modlili, do mojej siostry co też w modlitwie trwała, płakali wszyscy. Nawet Bieluś w brzuchu najpierw nerwowo skakał, a potem się prawie nie ruszał. W poczekalni nie czytałam. Wciąż ktoś dzwonił, ryczałam, gębę miałam spuchniętą i czerwoną, nie mogłam uwierzyć. Wracając do domu zadzwoniłam do J. Sam się popłakał.
Wróciłam do domu na autopilocie. Popatrzyłam na Biszkopta i żal rozwalił mi kawałek serca na drobniutkie kawalątki. Reszty opisywać nie muszę. To był koszmar.
Potem rozmawiałam z Kasią.
Potem dziura.
Na dzień przed Pożegnaniem Oskara, zwanego Bródką, zamówiłyśmy mszę w Archikatedrze Lubelskiej. Ledwie wymówiłam intencję zamawianej mszy, zakonnica i ksiądz patrzyli na mnie z niepokojem, a ja myślałam że padnę na tej posadzce. Mówiąc płakałam przeokrutnie. Msza transmitowana była przez internet za pośrednictwem Radia ER, dzięki temu w tej mszy uczestniczyła i Kasia i nasze Lipcóweczki. O czym dowiedziałam się po samej mszy, bo zadzwoniła Kasia.
Nie mogłam uczestniczyć w Pożegnaniu Oskiego, bo bałam się o siebie i Bielinka, a do stolicy jest kawałek. Byłam tam myslami.
Mam przed oczami Chłopczyka. Zucha, który zmagał się z chorobą serduszka i wcale nie było widać, że coś mu dolega. Uśmiechnięta buzia, piękne oczyska no i ta Bródka.
Takiego Cię zapamiętam. Wracam do Twoich zdjęć. Patrzę na Twój uśmiech, oczy, na miłość Twojej Mamy do Ciebie, na Twoją miłość do Niej. Wiem, że TAM nie ma bólu, smutku, nieszczęscia. Że czuwasz nad Mamą i Braciszkiem. Ze ganiasz z Aniołkami z sąsiedztwa, że Bóg bierze Cię na kolana, tuli i pozwala Ci się bawić swoją brodą (zapleć mu warkoczyka ode mnie
Powiem Ci jeszcze, że opiekujemy się Twoją Mamą. Sam wiesz, ze jest cudną kobietą. W modlitwie zawsze pamiętamy, wspieramy całym jestestwem nawet, jeśli jej o tym nie mówimy. Miej w opiece Mamę, Hubcia i nas.
Zbliża się 19,00, za moment na naszych parapetach zapłonie dla Ciebie świeczuszka, zerknij na ziemię i popatrz, w ilu oknach palą się Płomyczki Pamięci w formie maleńkiego ogienka.
Pamiętamy i nigdy nie zapomnimy, Bródeczko. Było dla mnie zaszczytem poznać takiego Bohatera.
Spij w pokoju.
Twoja Ciocia Iza.



















u nas też świece płoną