Nie wiem, czy zauważyłyście, ale jesień zmierza ku nam. I to coraz szybciej. Wczoraj moi Rodzice skończyli kopać ziemniaki. Więc wieczorem zrobiłam po drinku i małzek zawołał ich do nas. Siedzieliśmy na tarasie, było cudnie, ciepło, wiał lekki wietrzyk. I te kolory na niebie.... Ale w powietrzu czuć było dymy z ognisk, palone badyle mają specyficzny zapach. I ten zapach uświadomił mi, że kolejne lato to już własciwie przeszłość. Że czas przygotować się na chłody, szarugi i smutne zawodzenie wiatru w kominie.
Szkoda, tak strasznie szkoda. Tym bardziej, że nasze urlopowe plany wzięły w łeb i jedyną atrakcją na pożegnanie lata będzie wyjazd w niedzielę, o ile pogoda pozwoli, oczywiście.
Szkoda mi lata. Kwiatów, pomidorów i malin prosto z krzaka, brzoskwiń, które własnie dojrzewają na drzewie. I tego powietrza, pachnącego trawą, lasem i nagrzaną ziemią. Szkoda mi nawet tego prania, które expresowo schło na balkonie.
A chyba najbardziej będzie żal tych dni, kiedy mogłam, ale nie MUSIAŁAM wielu rzeczy. We wrześniu czekają nas zmiany, boję się ich, bo nie wiem, czy dam radę.
Zobaczymy.
Szkoda, tak strasznie szkoda. Tym bardziej, że nasze urlopowe plany wzięły w łeb i jedyną atrakcją na pożegnanie lata będzie wyjazd w niedzielę, o ile pogoda pozwoli, oczywiście.
Szkoda mi lata. Kwiatów, pomidorów i malin prosto z krzaka, brzoskwiń, które własnie dojrzewają na drzewie. I tego powietrza, pachnącego trawą, lasem i nagrzaną ziemią. Szkoda mi nawet tego prania, które expresowo schło na balkonie.
A chyba najbardziej będzie żal tych dni, kiedy mogłam, ale nie MUSIAŁAM wielu rzeczy. We wrześniu czekają nas zmiany, boję się ich, bo nie wiem, czy dam radę.
Zobaczymy.


















