Poronienie to dramat dla każdej matki, niezależnie od tego na jakim etapie ciąży nastąpi i od wszelakich okoliczności, np. od tego czy to było wyczekiwane dziecko, czy miało pojawić się w czasie najmniej dla nas odpowiednim. Najczęściej jest tak, że kocha się tę maleńką fasolkę albo od momentu pojawienia się dwóch kreseczek na teście, albo od pierwszego usg, a w skrajnych przypadkach jak tylko zobaczymy maluszka po raz pierwszy po tej stronie brzuszka
Niestety, w przypadku poronienia trzecia opcja nie wchodzi w grę.
U mnie była ta pierwsza opcja mimo kiepskich okoliczności pojawienia się tej fasolki w moim życiu. Test ciążowy zrobiłam dokładnie 1 grudnia 2004 roku. Właściwie nie miałam podstaw, żeby przypuszczać ciążę, ale to było silniejsze. Tego dnia miałam paskudny atak kolki nerkowej. Współlokatorki z akademika wezwały pogotowie (nie pierwszy raz zresztą), a ja zwijałam się z bólu. Po zastrzyku złożonego z czterech silnych środków przeciwbólowo - rozkurczowych poczułam się na tyle dobrze, żeby pójść do apteki po ziołowe tabletki na oczyszczenie nerek (miałam w nich żwirek i drobne kamyczki nie kwalifikujące się do operacji). Koleżanka poszła ze mną tak na wszelki wypadek jakby znowu miał mnie dopaść ból. Jakie zrobiła ogromne oczy jak kupując to po co poszłam, poprosiłam także o test ciążowy. Najlepsze jest to, że wcale nie miałam tego w planach
Po prostu poprosiłam farmaceutkę o test i sama też byłam zaskoczona, że to powiedziałam
No ale słowo się rzekło, @ spóźniała się o jakieś dwa dni, więc od razu po przyjściu do akademika zrobiłam test. Jak na wieczorne sikanie to te krechy były bardzo wyraźne
Nie wiedziałam co o tym myśleć. Jedyne co nie pozostawiało żadnych wątpliwości, to fakt, że byłam w ciąży. Czułam to. Bez większego zastanowienia, zadzwoniłam do ginekologa i umówiłam się na kolejny dzień. Dopiero gdy usłyszałam ten magiczne "piaty tydzień pani Ewelino", dotarło do mnie, że jednak przeczucie było niezawodne. Zawodny w tym przypadku był mój organizm
bo jakoś nie przyszło mi do głowy, że w 6 dniu cyklu zajdę w ciążę. Inna sprawa, że z moim M. nie planowaliśmy jeszcze dziecka, mało tego nawet w najbardziej niewinnych rozmowach temat potomstwa nie był poruszany. Wiedziałam, że to ten jedyny facet, z którym mogłabym spędzić całe życie, ale wpadka to nie był najlepszy początek związku. Spotykaliśmy się dopiero pół roku.
Po chwili dotarło do mnie, że niezależnie od tego czy jeszcze będziemy razem czy nie, ja już kocham to dziecko całym sercem i od teraz to ono jest najważniejsze.
Co by nie było, uznałam, że ojciec dziecka powinien o nim wiedzieć. A że jestem w gorącej wodzie kąpana, zaraz po wyjściu od ginekologa zadzwoniłam do przyszłego nieświadomego tatusia i kazałam mu usiąść. Powiedziałam, że jestem w ciąży, na co on "eee na pewno źle odczytałaś wynik testu" - był w pełni wyluzowany. No to mu powiedziałam, że lekarz to potwierdził, więc całkiem nieźle potrafię dodać dwie kreski do siebie
Rozmowa zakończyła się normalnie, bez żadnych nietypowych reakcji czy emocji. Zbliżał się weekend, w który mieliśmy się zobaczyć, więc postanowiłam poczekać, aż do niego dotrze co ja mu właściwie powiedziałam.
No dobra, tatuś uświadomiony, skierowanie na badania dostałam, zadzwoniłam do ciężarnej przyjaciółki z roku, pogadałam na GG z kuzynka także ciężarną, powiedziałam im obu co myślę o zarażaniu ciążowymi zarazkami
i wtedy przyszedł czas na myślenie.....
Moja sytuacja nie była wtedy ciekawa. Półtora miesiąca wcześniej zmarł mój ukochany tata. Miałam 23 lata, właśnie zaczęłam piaty rok studiów, mieszkałam w akademiku 100 km od ukochanego. Termin porodu wypadał na 5 sierpnia 2005. Pomyślałam sobie, że jeśli się sprężę, to dokończę pracę magisterską i zdążę się obronić jeszcze w dwupaku. Nie było więc tak źle. Ze względu na żałobę brałam pod uwagę ślub cywilny bez wesela w zależności od postawy M. A że chłop miał już prawie 30 lat, musiałam być przygotowana na ewentualne oświadczyny
W weekend nie padły żadne deklaracje, oprócz tej najważniejszej - że mnie nie zostawi. Zobowiązał się do opłacania badań i leków, ale nie było takiej potrzeby. Miałam pieniądze. Widziałam jednak, że ta ciąża zupełnie do niego nie dociera. Zmieniło się to, kiedy w 12. tygodniu zobaczył maluszka na usg. Śmiał się nawet , że dziecko przybrało pozycję tatusia siedzącego przed telewizorem. W późniejszych rozmowach zapewniał mnie, że jeszcze zobaczę jak bardzo się cieszy z tego okruszka
Po ślubie zaczęłam rosnąć. Musiałam kupić większe ciuchy, bo w niewiele rzeczy się mieściłam. Przy okazji mąż nabył książkę o ciąży. Wraz z rosnącym brzuszkiem, odliczałam kolejne dni i tygodnie coraz bardziej niecierpliwie. Byłam ciekawa jakie ono będzie, jakiej jest płci, do kogo będzie podobne. Jak już zaczęliśmy razem się cieszyć z naszego dziecka, marzyliśmy o córeczce Wiktorii
W całym tym szaleństwie nie zapomniałam jednak o studiach. Dogadałam się z wykładowcami, promotorowi powiedziałam o ciąży i dzięki temu nie musiałam być na wszystkich zajęciach. Zrezygnowałam z akademika. Zamieszkałam z mężem w wynajętym mieszkaniu i jeździłam raz w tygodniu do Częstochowy. Nadal chodziłam do mojego lekarza. Tak też było w marcu, w piątym miesiącu. Pojechałam na zajęcia, a późnym popołudniem miałam umówioną wizytę. Zadzwoniłam do recepcjonistki, żeby potwierdzić, ale usłyszałam, że tego dnia pan doktor będzie przyjmował od 19., a nie od 17. bo miał jakąś konferencję. Postanowiłam czekać, ale recepcjonistka wiedząc, że jestem z daleka, powiedziała, żebym o 18. zadzwoniła, to mi powie czy pan doktor będzie na czas. I może to pech, a może Opatrzność spowodowała, że pan doktor miał się mocno spóźnić, więc darowałam sobie wizytę. W końcu, poprzednio byłam u niego w 18. tygodniu, serduszko pięknie biło, wszystko było ok. Brakiem ruchów kazał się nie przejmować, dać dziecku czas i iść za 2-3 tygodnie na usg. Byłam spokojna i pojechałam do domu. Kilka dni później moja siostra przyznała się, że jest w drugiej ciąży, równie nie planowanej ja moja. Otwarcie mówiła, że nie chce tego dziecka. Termin miała miesiąc po mnie. W dniu, w którym umówiłam się na usg w gabinecie ogłaszającym się w lokalnej prasie, siostra się do mnie wybierała na weekend. Miałyśmy wyskoczyć na ciążowe zakupy. Kiedy weszliśmy z mężem do gabinetu, oczywiście zaczęła szczebiotać czy już poznamy płeć, że nie możemy się doczekać. Doktor patrzył na nas jak na debili. No, ale kazał odsłonić brzuch i z motylami w tymże czekałam na to co powie, ale usłyszałam coś, czego w najgorszych koszmarach bym się nie spodziewała. Brzmiało to dokładnie ta " hehe (tu lekarz zaśmiał się szyderczo) jest płód, ale martwy". Lekarz miał ubaw po pachy, a ja prawie zemdlałam. Ale nie uwierzyłam mu. Widziałam to nieruchome ciałko na usg, ale nie przyjmowałam do wiadomości tego co usłyszałam. Ja to? Przecież to książkowa ciąża, wszystko ok i nagle dziecko nie żyje? Teraz na półmetku???? Doktorek od siedmiu boleści z zadowoleniem zainkasował 50 zł. A my wyszliśmy stamtąd jak najszybciej.M. później stwierdził, że ten lekarz chyba myślał, że byliśmy już gdzieś wcześniej i tylko chcieliśmy potwierdzić, dlatego tak triumfował.Nie wiem jak można być tak bezdusznym. Oczywiście nie powiedział co mamy teraz zrobić i że martwe od trzech tygodni dziecko zagraża mojemu życiu. Serce mojego maluszka przestało bić dokładnie w 17t2d ciąży czyli w ten dzień kiedy byłam na poprzedniej wizycie u gina i serce biło, po chwili musiało przestać
Dotarło do mnie, że gdyby nie Opatrzność i jednak czekałabym na wizytę wtedy w Częstochowie, to na pewno już wtedy wiedziałabym przy okazji słuchania serduszka, że c oś się stało. I nie wiem jakim cudem dojechałabym te ponad sto km sama samochodem.
Akurat kiedy wróciliśmy z tego nieszczęsnego usg, dojechała moja siostra. Zobaczyła mnie zapłakaną, milczącego M. Kiedy się dowiedziała o wszystkim, zadzwoniła do swojego gina i 2 dni później już byłam na jego oddziale 250 km od domu i męża. Ten gin na swoim dyżurze podał mi tabletki wywołujące poród. Kiedy złapały mnie konkretne bóle akurat rozmawiałam z mężem przez telefon. Nie mogłam wytrzymać bólu psychicznego i fizycznego ( nie wiem który gorszy), wyłam do słuchawki i błagałam go o pomoc, mówiłam, że umieram. Na porodówce nie miałam telefonu, więc już po wszystkim odczytałam najpiękniejsze smsy od męża. Zapewniał o miłości,bardzo się martwił o mnie. Wtedy pożałowałam, że dałam się wywieźć tak daleko i że nie możemy w takich chwilach być razem. Ale w momencie podejmowania decyzji, chciałam jak najszybciej mieć to za sobą. Po ośmiogodzinnym porodzie, udało się. Lekarz nie był w stanie określić płci dziecka. Ale ja wiem tak samo, jak wiedziałam o ciąży, że to była moja Wiktoria. Za cienka ścianą inna mama urodziła właśnie w asyście małżonka zdrowego krzyczącego chłopca, a ja nawet nie miałam siły płakać. Chciałam tylko spać i nie myśleć, a najlepiej wcale się nie obudzić.. Ale miałam M., wiedziałam, że jestem dla niego ważna. Wiedziałam też, że mój aniołek ma najlepszą opiekę w niebie - swojego dziadka.
Cieszę się, że odnalazłam w sobie siłę do dalszego życia i walki. Mimo zapewnień dwóch lekarzy, że to był przypadek, żebyśmy się starali o drugie dziecko, że nie ma przeszkód, nie potrafiłam im uwierzyć. Przez pół roku szukałam w internecie opinii o ginekologach. Znalazłam w końcu dobrego specjalistę w Łodzi. Poszłam do niego w 10 tyg. ciąży. Spojrzał na wypis ze szpitala, ten sam, który oglądali poprzedni lekarze i od razu powiedział, że na jego oko, to muszą być przeciwciała przeciwłożyskowe (APA), ale oczywiście jak chce, to mogę zrobić badania potwierdzające za 600 złotych. Zrobiłam oczywiście, bo pod moim sercem biło już to maleńkie, więc nie mogłam sobie pozwolić na żadne ryzyko. Diagnoza się potwierdziła. APA powodują, że w pewnym momencie ciąży (zwykle 7-8 miesiąc), łożysko przestaje dostarczać krew, a co za tym idzie także tlen do dziecka i ono się dusi. Niestety, to nie do wykrycia, bo wszystkie ciąże z APA przebiegają prawidłowo, więc nie ma podstaw do robienia tak szczegółowych badań. Trzeba niestety stracić dziecko. W kolejnej ciąży trzeba brać zastrzyki zapobiegające krzepnięciu krwi i powinno być OK. Chociaż gwarancji 100% nikt nie da. Ja jestem żywym przykładem tego, że jednak się da. Mam zdrowego 5-cio letniego synka.
A poronienie? Wydawałoby się, że to doświadczenie zbędne, nikomu niepotrzebne, a jednak uczy pokory. Przynajmniej mnie nauczyło, chociaż znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że jest inaczej.Nie możemy we własnych planach lekceważyć planów Tego na górze, bo on wie najlepiej jak nimi pokierować. Poza tym mam nadzieję, że mój przykład pomoże chociaż jednej osobie przetrwać trudne chwile po poronieniu i da iskierkę nadziei.
Źródło: Pustka w brzuchu, pustka w sercu
U mnie była ta pierwsza opcja mimo kiepskich okoliczności pojawienia się tej fasolki w moim życiu. Test ciążowy zrobiłam dokładnie 1 grudnia 2004 roku. Właściwie nie miałam podstaw, żeby przypuszczać ciążę, ale to było silniejsze. Tego dnia miałam paskudny atak kolki nerkowej. Współlokatorki z akademika wezwały pogotowie (nie pierwszy raz zresztą), a ja zwijałam się z bólu. Po zastrzyku złożonego z czterech silnych środków przeciwbólowo - rozkurczowych poczułam się na tyle dobrze, żeby pójść do apteki po ziołowe tabletki na oczyszczenie nerek (miałam w nich żwirek i drobne kamyczki nie kwalifikujące się do operacji). Koleżanka poszła ze mną tak na wszelki wypadek jakby znowu miał mnie dopaść ból. Jakie zrobiła ogromne oczy jak kupując to po co poszłam, poprosiłam także o test ciążowy. Najlepsze jest to, że wcale nie miałam tego w planach
Po chwili dotarło do mnie, że niezależnie od tego czy jeszcze będziemy razem czy nie, ja już kocham to dziecko całym sercem i od teraz to ono jest najważniejsze.
Co by nie było, uznałam, że ojciec dziecka powinien o nim wiedzieć. A że jestem w gorącej wodzie kąpana, zaraz po wyjściu od ginekologa zadzwoniłam do przyszłego nieświadomego tatusia i kazałam mu usiąść. Powiedziałam, że jestem w ciąży, na co on "eee na pewno źle odczytałaś wynik testu" - był w pełni wyluzowany. No to mu powiedziałam, że lekarz to potwierdził, więc całkiem nieźle potrafię dodać dwie kreski do siebie
No dobra, tatuś uświadomiony, skierowanie na badania dostałam, zadzwoniłam do ciężarnej przyjaciółki z roku, pogadałam na GG z kuzynka także ciężarną, powiedziałam im obu co myślę o zarażaniu ciążowymi zarazkami
Moja sytuacja nie była wtedy ciekawa. Półtora miesiąca wcześniej zmarł mój ukochany tata. Miałam 23 lata, właśnie zaczęłam piaty rok studiów, mieszkałam w akademiku 100 km od ukochanego. Termin porodu wypadał na 5 sierpnia 2005. Pomyślałam sobie, że jeśli się sprężę, to dokończę pracę magisterską i zdążę się obronić jeszcze w dwupaku. Nie było więc tak źle. Ze względu na żałobę brałam pod uwagę ślub cywilny bez wesela w zależności od postawy M. A że chłop miał już prawie 30 lat, musiałam być przygotowana na ewentualne oświadczyny
Akurat kiedy wróciliśmy z tego nieszczęsnego usg, dojechała moja siostra. Zobaczyła mnie zapłakaną, milczącego M. Kiedy się dowiedziała o wszystkim, zadzwoniła do swojego gina i 2 dni później już byłam na jego oddziale 250 km od domu i męża. Ten gin na swoim dyżurze podał mi tabletki wywołujące poród. Kiedy złapały mnie konkretne bóle akurat rozmawiałam z mężem przez telefon. Nie mogłam wytrzymać bólu psychicznego i fizycznego ( nie wiem który gorszy), wyłam do słuchawki i błagałam go o pomoc, mówiłam, że umieram. Na porodówce nie miałam telefonu, więc już po wszystkim odczytałam najpiękniejsze smsy od męża. Zapewniał o miłości,bardzo się martwił o mnie. Wtedy pożałowałam, że dałam się wywieźć tak daleko i że nie możemy w takich chwilach być razem. Ale w momencie podejmowania decyzji, chciałam jak najszybciej mieć to za sobą. Po ośmiogodzinnym porodzie, udało się. Lekarz nie był w stanie określić płci dziecka. Ale ja wiem tak samo, jak wiedziałam o ciąży, że to była moja Wiktoria. Za cienka ścianą inna mama urodziła właśnie w asyście małżonka zdrowego krzyczącego chłopca, a ja nawet nie miałam siły płakać. Chciałam tylko spać i nie myśleć, a najlepiej wcale się nie obudzić.. Ale miałam M., wiedziałam, że jestem dla niego ważna. Wiedziałam też, że mój aniołek ma najlepszą opiekę w niebie - swojego dziadka.
Cieszę się, że odnalazłam w sobie siłę do dalszego życia i walki. Mimo zapewnień dwóch lekarzy, że to był przypadek, żebyśmy się starali o drugie dziecko, że nie ma przeszkód, nie potrafiłam im uwierzyć. Przez pół roku szukałam w internecie opinii o ginekologach. Znalazłam w końcu dobrego specjalistę w Łodzi. Poszłam do niego w 10 tyg. ciąży. Spojrzał na wypis ze szpitala, ten sam, który oglądali poprzedni lekarze i od razu powiedział, że na jego oko, to muszą być przeciwciała przeciwłożyskowe (APA), ale oczywiście jak chce, to mogę zrobić badania potwierdzające za 600 złotych. Zrobiłam oczywiście, bo pod moim sercem biło już to maleńkie, więc nie mogłam sobie pozwolić na żadne ryzyko. Diagnoza się potwierdziła. APA powodują, że w pewnym momencie ciąży (zwykle 7-8 miesiąc), łożysko przestaje dostarczać krew, a co za tym idzie także tlen do dziecka i ono się dusi. Niestety, to nie do wykrycia, bo wszystkie ciąże z APA przebiegają prawidłowo, więc nie ma podstaw do robienia tak szczegółowych badań. Trzeba niestety stracić dziecko. W kolejnej ciąży trzeba brać zastrzyki zapobiegające krzepnięciu krwi i powinno być OK. Chociaż gwarancji 100% nikt nie da. Ja jestem żywym przykładem tego, że jednak się da. Mam zdrowego 5-cio letniego synka.
A poronienie? Wydawałoby się, że to doświadczenie zbędne, nikomu niepotrzebne, a jednak uczy pokory. Przynajmniej mnie nauczyło, chociaż znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że jest inaczej.Nie możemy we własnych planach lekceważyć planów Tego na górze, bo on wie najlepiej jak nimi pokierować. Poza tym mam nadzieję, że mój przykład pomoże chociaż jednej osobie przetrwać trudne chwile po poronieniu i da iskierkę nadziei.
Źródło: Pustka w brzuchu, pustka w sercu


















