Skocz do zawartości


Ogłoszenie



Zostań Dziennikarką!

Serdecznie zapraszamy wszystkich z zacięciem dziennikarskim do współredagowania działu "Portal KD" oraz do aktywności w ramach Radia KD.

Jeśli jesteś kreatywna i nie boisz się podejmować nowych wyzwań, chcesz się rozwijać i zdobyć nowe doświadczenia, serdecznie zapraszamy do kontaktu. Możesz nawet poprowadzić własną audycję w radio!

Zainteresowanych prosimy o kontakt z: libuszą.

Dotacje

  • Wsparcie Serwisu

Aktualizacje statusu

Wyświetl wszystkie aktualizacje

Nasi Partnerzy

Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika

Polecamy

Zrzuć zbędne kilogramy.
Tylko sprawdzone i skuteczne diety.

Znajdź nas na Facebooku


ROZWIĄZANY :: MÓJ PORÓD :)


Odpowiedzi do tego tematu: 23

#1 Megu

    Ja TU rządzę. I tyle.

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 5891 Postów

Napisano 08 czerwiec 2008 - 15:59

Może opiszmy tu swoje porody i podzielmy się wrażeniami z tego wyjątkowego dnia.
Meg i banda :)

Dołączona grafika
Dołączona grafikaDołączona grafika

Anioły ["]

#2 Izys

    Moderator

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 13831 Postów

Napisano 09 czerwiec 2008 - 10:28

chętnie, ale cóż ja mogę, kiedy dwa razy miałam cesarskie cięcie :lol: :lol: :lol:
Dołączona grafikaDołączona grafika
Biszkopcik
Dołączona grafika
Bielinek
Dołączona grafika
Paciusi
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Without love I couldn't believe in You and I wouldn't beleive in me. I believed in love.


Aniołeczkom (*)

#3 goslawka

    Stały Bywalec

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 7660 Postów

Napisano 09 czerwiec 2008 - 10:45

CC to też poród ... i jakoś się do tego przygotowywałaś ... Więc nie czaruj tutaj.
Ja muszę gdzieś znależć mój opis ..... :?
Dołączona grafika



Dołączona grafika

#4 Iguana

    Użytkownik

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 30 Postów

Napisano 09 czerwiec 2008 - 13:36

ja też miałam cc i jak znajdę chwilkę to napewno opiszę :)

#5 goslawka

    Stały Bywalec

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 7660 Postów

Napisano 10 czerwiec 2008 - 08:09

ak Majcia pryszła na świat ....


Moja przygoda z porodem zaczeła sie od czwartku 13.07, kiedy to stawiłam sie rano w szpitalu na Izbie przyjeć ... ułożenie pośladkowe Niuni było wskazaniem do cc, miałam tylko czekac na rozpoczecie akcji porodowej .....
Na IP zostałam ogolnie zbadana cisnienie, waga i dostałAm polecenie udania sie na OCP.
Tam dostałam łózeczko, pobrali mi krew na badania, wysłali na USG, potem jak już wróciłam to czekał na mnie lekarz ... poniewaz nadal byłam na czczo kazał zrobic badania do operacji, zbadał mnie ginekologicznie - zero jakichkolwiek objawów porodu ...
i tak sobie zostałam w tym szpitalu ...
zostałam poinformowana ze na nastepny dzien planują u mnie test z oxytocyny ...
a wieczorem postanowiłam pochodzic po korytarzu w celu poszukiwania zaginionych skurczy bądź objawów zblizającego sie porodu ....
W piatek rano miałam iść na porodówke w celu wykonania testu z oxytoksyny, miałam być na czczo ...
Ok. godziny 11 mnie na porodówke zaproszono, położono na łózku i podpieto do KTG.
W pewnym momencie położna mnie sie pyta czy czuje skurcze ... no czułam jakies ale takie słabiutkie, okazało sie ze mam skurcze co 6 minut, zawołały lekarza
zbadał mnie i powiedział ze mam już 2 cm rozwarcia ...
Ja w szoku ...
Postanowili odpiąc mnie od KTG, wróciłam na OCP po recznik, wode, zadzwoniłam do Osobistego, powiedziałam mu co i jak i wróciłam
na porodówke ...
Położna zrobiła mi lewatywe i spowrotem wpakowali mnie do łóżka podpieli do KTG a tu ... wszystko ucichło ...
Podłączyli mi oxytoksyne, były skurcze co 4-5 minut, nawet już bardzo bolesne,
ale po odłączeniu oxytoksyny wszystko znów ustawało ... rozwarcie nadal na 2 cm wiec ok. godziny 19 podjeto decyzje, ze wracam na OCP ...
w Piątek na porodówce spedziłam prawie 8 godzin ...
to było straszne, na dodatek z tego wszytskiego nie zabrałam telefonu ze sobą, nie mogłam sie skontaktować z Osobistym,
który dzielnie przez te wszystkie godziny czekał na wiesci ...
Strasznie go podziwiam .... i jeszcze mocniej za to wszystko KOCHAM
Wracając na OCP bardzo mi sie płakać chciało, wmówiłam sobie, że beznadziejna Matka ze mnie, skoro nie potrafie urodzić ...
Pocieszał mnie Osobisty, kochany mój ... mimo, że nie był ze mną na porodówce czułam że jest ze mną myslami i to podtrzymywało mnie na duchu ...
Wieczorem podłączono mnie jeszcze raz do KTG, które wykazało małe skurcze ale zbyt małe by cokolwiek z nimi zrobić ...
i położyłam sie spać ...
po tak meczącym dniu usnĂŞłam około 21 i nawet spałam całą noc ...
W sobote i niedziele nic szczegolnego sie nie działo, byłam zła, że leże w tym szpitalu przez weekend, na dodatek po piątku schodził ze mnie czop zabarwiony krwią - czyli ten prawidłowy - wczesniej pewnie to była tylko wieksza ilośc sluzu ...
oczywiscie czułam bole, które czasami nie dawały mi chodzić ale co najsmieszniejsze na ktg wcale zadnych skurczy nie było widac ....
jak tylko mnie odpieli od maszyny od razu skurcze sie pojawiały i chodziłam po ścianach ....
w sobote niespodzianke najwieksza zrobioła mi moja Mamusia, która przyjechała az ze sląska by mnie troszke pocieszyc po piątku ....
chodzilysmy sobie dookola szpitala na spacerki, opowiadałysmy głupoty a ja miałam już coraz czestsze i mocniejsze, krzyzowe bole ....
jakoś przespałam noc z soboty na niedziele, juz troszke podbudowana obecnością mamy i naładowana energią na poród ....
w niedziele zauwazyłam ze schodzi ze mnie taki zielonkawy śluz .... zgłosiłam to poloznym ale te twierdziły ze to tak musi być ....
o 11 był obchód, na którym powiedziano mi ze jutro czyli w poniedziałek bedzie indukcja i bez wzgledu na wszytsko bedziemy kończyc ciąże cieciem ... wiec miałam byc na czczo i przygotowana na lewatywe ...
strasznie sie ucieszyłam bo juz wiedziałam ze na nastepny dzien nie wazne o której godzinie przytule swoją Majusie
mama pojechała do domku popoludniem a ja znowu miałam bole ... ale co z tego ze mnie bolało kiedy na ktg tego nie było widac ... sporadyczny jeden mały skurczyk ...
najgorsza była noc ... byłam bardzio zdenerwowana, w sumie bałam sie ze to wszystko skończy sie tak jak w piątek ... ze narobią mi nadzieji na poród a potem okaze sie ze wróce znów na OCP ...
w nocy miałam nieregularne skurcze, srednio co 15 - 20 minut, polozna kazała sie zgłosić jak bedą co 7-10 minut bo nie ma u mnie na co czekac .....
tak jak pisałam noc koszmarna - mało spałam, bolało mnie bardzo kreciłam sie na łózku, cud ze nie pobudziłam dziewczyn które lezały ze mna na sali...
siku chodziłam prawie co pol godziny i nadal widziałam ze schodzi ze mnie ten zielonkawy sluz .... jak sie później okazało miałam zielone wody ....
o 6 byla pobudka - ja już oczywiscie nie spałam, dostałam histerii ze ja napewno nie urodze, ze wróce, dzwoniła moja Mama pocieszała mnie ze wszystko bedzie dobrze i nie pozwolą mi juz dłuzej chodzić w ciązy ...
w miedzy czasie dostałam biegunki ...
o 9:15 zabrano mnie na porodówke w celu wykonania indukcji ....
polozna kazała wejsc na łóżko - zbadała mnie i mówi, ze ona zadnej lewatywy i zadnej indukcji u mnie robić nie bedzie - no to ładnie sobie pomyslałam, pewnie z tych moich 2 cm rozwarcia nic nie zostało i poleże w tym choilernym szpitalu pewnie jeszcze ze dwa tygodnie ...
zaraz przyszedł lekarz, ponownie mnie zbadał i mówi ... Pani Małgosiu, pani ma 5 cm rozwarcia - szykujemy panią do operacji .... JA W TOTALNYM SZOKU pytam czy moge do meza zadzwonić, wiec dzwonie mówie Kotuś przyjedz do szpitala, tylko powoli nie śpiesz sie ... ja za pol godziny jestem operowana ....
Położna mnie przygotowała do operacj ... ogoliła, podłączyła cewnik,welfrom, podłączyła kroplówke i czekałam sobie spokojnie na 9:45 bo wtedy miało sie wszystko zacząć ...
W miedzy czasie zadzwoniłam do Mamy ze to już, minuty wlokły sie nie ublagalnie, przyszła pani anestezjolog, podpisałam jakąs zgode
Podała mi jakies świńswto do wypicia ....
Wybiła moja godzina ... przeniesli mnie na inne łóżko i wiozą na sale ....
W drodze na sale operacyjną, modliłam sie, prosiłam moją ś.p. Tesciową o opieke nade mną ... odmówiłam Ojcze Nasz, Zdrowaśke...
zaczełąm sie strasznie bać ... trzesłam sie jak osika ... a to dopiero początek ...
Dostałam znieczulenie w krĂŞgosłup ... nawet nie wiem kiedy pani anestezjolog to zrobiła, kiedy sie wkuła i wogole ... powiedziała tylko : Już po sprawie a ja w tym momencie poczułam już ze mam nogi z waty i musieli mnie układać na łóżku
Cały zabieg pamietam doskonale, zresztą operowali mnie fajni lekarze, którzy sobie zartowali i ucinali pogawedki ze mną ... kiedy w końcu wyjeli Niunie i mi ją pokazali ... cały świat przestał istnieć dla mnie ... zostałam Mamą ... i całe moje życie od tamtej pory diametralnie siĂŞ zmieniło ... Oczywiście upłakałam sie jak bóbr ...
Jeszcze podczas operacji zaczeło mną telepotac a po całej sprawie trzesłam sie chyba ze dwie godziny ....
Jak tylko mnie juz zszyli i przewiezli na sale pocesarkową przyszedł do mnie Osobisty .... pocałował, przytulił sie do mnie i powiedział ze mamy śliczną córcie, i że mnie kocha i dziekuje za ten mały CUD ... płakał ...
To niesamowite uczucie zostać Rodzicem, być odpowiedzialnym za tego malutkiego Człowieczka ....


Potwornie sie bałam bólu i porodu - a chodziłam z 5 cm rozwarciem - nie powiem że nie bolało, bo chodziłąm po ścianach ... ale wytrzymałam, i gdyby nie pośladkowe ułożenie Majci, pewnie bym urodziłą naturalnie ...

Dołączona grafika



Dołączona grafika

#6 ~~Agnes~~

    Stały Bywalec

  • Użytkownicy
  • PipPipPip
  • 71 Postów

Napisano 11 czerwiec 2008 - 08:23

Gosiu super relacja
Dołączona grafika
Dołączona grafika

#7 MaJo

    Użytkownik

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 48 Postów

Napisano 11 czerwiec 2008 - 08:37

To i ja wkleję opis swojego :)


23 kwietnia 2008 środa
Koło 18:30 poczułam, że coś ze mnie leci. Wyglądało to jak bardzo wodnisty śluz. Nie wiedziałam czy przypadkiem wody nie zaczęły mi się sączyć. Po telefonicznej konsultacji z ginekologiem doszłam do wniosku, że jednak pojedziemy z mężem do szpitala. Nie spieszyliśmy się specjalnie, bo poza tym cieknięciem żadnych objawów zbliżającego się porodu nie miałam. Późnym wieczorem dotarliśmy na IP szpitala na Solcu. Tam wzięto mnie na badanie ginekologiczne, na którym stwierdzono dokładnie to samo co na wizycie w 37 tygodniu ciąży czyli: szyjka 0,5 cm i rozwarcie na maksymalnie dwa palce (badała mnie kobieta o szczupłych dłoniach stąd różnica w rozwarciu na palce smile.gif ) Przeprowadziła ze mną wywiad środowiskowy i kazała się przebrać. Troszkę przestraszona przebrałam się, zaprowadzono mnie i męża na oddział ginekologiczno-położniczy, na "położnictwo". Mąż czekał z torbami a mnie wzięto na badanie USG. To badanie mnie przeraziło, bo Pani chyba niezbyt obyta (weszła nie w ten program co trzeba) stwierdziła, że dziecko się przestało rozwijać, nadal waży 3000 gram , ale obraz może być fałszywy przez upływ wód. Poryczałam się ze strachu o małego. Zaprowadzono mnie na "salę obserwacyjną" podpięto do KTG, na tej sali nie ma odwiedzin, ale ponieważ leżałam sama i strasznie zaczęłam płakać (aż teraz na wspomnienie łzy mi się zbierają) pozwolono Sławkowi chwilę ze mną zostać, mogłam też mieć przy sobie telefon komórkowy, więc chwilowo się uspokoiłam... Miś musiał wracać, a ja zostałam sama, przerażona, zapłakana. Było mi niewygodnie i w ogóle paskudnie. Przyszła położna, wsadziła mi palce do pochwy tak głęboko, aby móc przesunąć główkę dziecka, stwierdziła, że to nie mogą być wody, bo po tym "zabiegu" powinno coś polecieć ze mnie, a nic nie poleciało... Usypiałam na 30 - 40 minut, budziłam się i tak w kółko.
24 kwietnia 2008 czwartek
Obudzono mnie chyba koło 7:00 rano, kazano iść się umyć, bo miał być obchód. Poszłam pod prysznic, znów pękłam, płakałam pod tym prysznicem jak dziecko i marzyłam by ten koszmar się skończył, czułam się strasznie samotna i przerażona. Zagubiona... Nie wiedziałam co się dzieje ze mną z dzieckiem. Potem zabrano mnie na USG, które nic nie wykazało. Tzn. żadnych anomalii, choć oczywiście nikt nie powiedział mi co na tym USG dokładnie widziano, czy są wody, jak płód... powiedziano tylko, że dobrze jest. I odesłano znów do sali "intensywnej opieki" czy jak ona się nazywała. A na tej sali położna się pyta co ze mną? W sensie gdzie mam iść itp. Ja że nie wiem bo przecież nikt mi nic nie mówił. Potem pani doktor stwierdziła, żeby zabrać mnie na patologię, bo KTG nic złego nie wykazywało.
Położyli mnie na tej patologii, płakałam sobie po cichu i usnęłam. Potem przyjechała moja teściowa na chwilkę w odwiedziny, poryczałam się też przy niej, a za chwilę przyjechał mój mąż. Powiedział mi później, że tej nocy gdy mnie zostawiono w szpitalu wrócił do mnie do domu i też się popłakał (aż teraz jak to piszę łzy mi lecą po policzkach, to są beznadziejne wspomnienia... pełne żalu, bólu i łez...) Wyszliśmy na ogród przyszpitalny, żebym mogła ochłonąć i odpocząć, teściowa pojechała, a przyjechała moja mama. Mąż też musiał już jechać, ale mama ze mną została, została, aż do 22:00 bo miałam takie załamanie, że byłam gotowa uciekać ze szpitala. Na 2 zmianę przyszedł mój ginekolog. Był zaskoczony, że ja zawsze radosna, szczęśliwa i pogodna, teraz płakałam jak małe dziecko i nie szło się ze mną dogadać, ani uspokoić. Mama i mąż (telefonicznie) przekonali mnie, abym została chwilkę jeszcze, bo jakby się coś małemu stało po moim wyjściu nie darowałabym sobie tego do końca życia. Wyszłam odprowadzić mamę i wróciłam na oddział. Na mój widok, ginekolog mój prowadzący powiedział "o jest nasza mała zguba" i zabrał mnie na badanie. Okazało się, że faktycznie to nie muszą być wody tylko taki rzadki, wodnisty czop śluzowy ze mnie schodzi, okazało się też, że szyjka zgładzona i rozwarcie na 4cm.
Powiedział, że już bliżej niż dalej i że jeśli faktycznie tak bardzo chcę wyjść i tak strasznie się męczę to jutro będzie ordynator i może nawet wypiszą mnie na odpowiedzialność szpitala. Pełna nadziei i optymizmu poszłam spać.
25 kwietnia 2008 piątek DZIEŃ PORODU
Pobudka o 6:00 mierzenie temperatury. Śniadanie, zapis KTG... szpitalny dryl. Nie wyspałam się w nocy bo po pierwsze bolał mnie brzuch - czułam wyraźne skurcze, a po drugie łóżka szpitalne dla kobiet w ciąży i po porodzie to koszmar jest! No ale poranne KTG nie wskazało żadnych skurczy ani nic nieprawidłowego. Potem był obchód ginekologiczny, z ordynatorem. Miał mnie nawet wypisać do domu, na trzy dni, do "10 doby po porodzie" żebym psychicznie odpoczęła, skoro faktycznie nic się nie dzieje, ale zobaczył zapisy KTG z poprzednich godzin, dni itp. i stwierdził, że bez testu oxytocynowego mnie nie wypuści. Test miał się odbyć następnego dnia, bo byłam już po śniadaniu, ale obiecała, że więcej nic nie zjem i okazało się, że jest możliwość aby o 14:00 mnie podłączyć pod oxy. Przyjechała mamusia moja, spędziła ze mną czas do tej 14:00 siedziałyśmy głównie na ogrodzie bo pogoda była piękna. Czułam wyraźne skurcze, regularne co 10 minut ale bardzo krótkie. Nie spodziewałam się, że coś się z tego może rozwinąć, ba byłam pewna, że po teście oxy. wypuszczą mnie do domu. Okazało się, że test trwa 6h więc odesłałam mamę do domu, a mężowi powiedziałam, aby nie przyjeżdżał do mnie, bo będę na sali "bez odwiedzin" 6h i bezsensu... i że się odezwę później. Podłączono mnie pod KTG i pod OXYTOCYNĘ i dosłownie z godziny na godzinę czułam jak bardzo boli mnie brzuch, ale udało mi się nawet zdrzemnąć. Obudziły mnie dopiero bardzo silne skurcze, koło 16:30 - 17:00 a o 17:30 miałam bardzo silny skurcz i odeszły mi wody... Zadzwoniłam do męża, ale miał jeszcze wyłączony telefon - przedłużył mu się egzamin w pracy, zadzwoniłam do mamy, że wody mi odeszły, że rodzę, że nie mogę dodzwonić się do Sławka i żeby przyjeżdżała. W międzyczasie chlusnęło ze mnie porządnie, lało się i lało i ciekło na podłogę, nachyliłam się, bo nie wiedziałam czy sikam, czy co się dzieje, to jednak były wody, bo z krwią. Zawołałam położną, bo sala intensywnej opieki polega na tym, że leżysz sama i wszyscy mają cię gdzieś. Położna stwierdziła, że faktycznie wody mi odeszły i sobie poszła, a ja nie wiedziałam co teraz będzie, czy już rodzę, jak rodzę, i w ogóle. Ból był coraz silniejszy. Nie mogłam go znieść darłam się, że chcę znieczulenie, na co ona mi, że "u nas nie ma znieczuleń, może się pani wypisać i jechać rodzić gdzie indziej" Gdybym była w stanie to bym pojechała, ale nie byłam.
Usłyszałam, że mąż przyjechał, nie chcieli go wpuścić, ale z łaski zgodzili się by pokazał mi, że już jest. Więc wpadł przywitał się dał buzi i biedny musiał iść na korytarz.
Niedługo potem Pani Położna kazała mi się podnieść z łóżka i iść na porodówkę na 2 koniec korytarza... Myślałam, że nie dam rady, ale mąż mi pomógł i jakoś sie dotelepałam. Na porodówce zostawiła nas samych, weszłam do wanny, a Sławek polewał mnie wodą, boże co za ulga, polecam wannę w trakcie porodu! Wiłam sie w niej przy każdym skurczu, ale Sławek dzielnie się spisywał, naprawdę bardzo się cieszę, że ze mną był. Położna przychodziła co chwila sprawdzać rozwarcie (nie pamiętam wiele, byłam zamroczona bólem) pamiętam tylko, że mówiłam jej, że muszę przeć, a ona, że nie muszę, bo mam 6cm, 8cm, że lecę jak burza, żebym nie marudziła itp. że zaraz urodzę. W pewnym momencie mówię do Sławka, że nie dam rady, muszę przeć, żeby ją zawołał. Okazało się, że jest upragniona 10. Miś wyjął mnie z wanny, rozebrał z mokrej koszuli, bo wchodząc do wanny weszłam w koszuli, i cała się zmoczyła, ale było mi to obojętne. Położyli mnie na łóżku porodowym, przykryli kołdrą, bo dostałam dreszczy z zimna. Miś wyszedł z sali, tak jak się umawialiśmy - zresztą nawet dobrze, bo naprawdę podczas porodu poza lekarzami i położną nikogo nie chciałam widzieć. I zaczęło się.
Nie umiałam przeć, położna i "hostessy" starali się jak mogli, podłączyli mnie nawet pod tlen, ale ja nie umiałam (I TU POLECAM SZKOŁY RODZENIA) Po jakimś czasie okazało się, że tętno dziecka spada, przygotowano Vacuum. Położna powiedziała, że mam ostatnią szansę wypchnąć małego sama... Starałam się jak mogłam, ale znów go przydusiłam, nie czekano już dłużej tylko wsadzono we mnie ten zasysacz smile.gif i przy skurczach kiedy starałam się przeć najmocniej jak umiałam wyciągnięto misia.
Położono mi go na chwilkę na piersiach, był zakrwawiony, piękny, malutki, obcięto mu pępowinę i zabrano do mycia. Potem czyścioszka położono znów na mnie na chwilkę i znów zabrano, na naświetlanie i badania.
Mnie w tym czasie zszywano, bo chcąc ułatwić mi poród nacięto mnie aż dwa razy no i mały mnie porozrywał troszkę. nacięcie bolało jak cholera! Zszywanie też, ale mniej, zdecydowanie. natomiast jak przez całą 2 fazę porodu nie krzyknęłam ani razu, tak podczas nacinania darłam się jak zarzynana.

Mąż w 2 fazie porodu czekał za drzwiami. Z opowiadań wiem, że biedny cały czas chodził, a jak słyszał "pchaj lub dawaj" to zaciskał sam siebie smile.gif Co jakiś czas zaglądał do sali, jak ktoś wchodził i wychodził i podsłuchiwał.

Po porodzie mąż przyszedł do mnie na salę i mama moja też. Siedzieliśmy i gadaliśmy, czekaliśmy na małego. Mamę wyproszono wcześniej, bo na porodowej poza mną mogła być tylko jedna osoba. Miś czekał mimo zmęczenia cierpliwie, co jakiś czas chodząc i dowiadując się kiedy dadzą mi dziecko. W końcu drzwi porodówki się otworzyły, najpierw wjechał wózek z małym, a potem dumny tata. Przystawiono mi dziecko do piersi, mały zaraz zaczął bardzo ładnie ssać, a po góra 20 minutach zabrano nas na oddział poporodowy. Maż przyniósł moje rzeczy z patologii, posiedział chwilkę i pojechał, a ja zostałam z dzidziusiem smile.gif


A tak Kacper wyglądał 5 minut po narodzinach:
Dołączona grafika
Takie miał rączki i stópki pierwszej doby:
Dołączona grafika
Dołączona grafika
A tak wyglądał w pierwszej dobie:
Dołączona grafika
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

#8 ~~Agnes~~

    Stały Bywalec

  • Użytkownicy
  • PipPipPip
  • 71 Postów

Napisano 11 czerwiec 2008 - 08:41

27 października miałam wizyte u mojego gin. A dokładnie KTG podłączył mnie i tak leżałam z 30 mniut
Przyszedł sprawdziła i powiedział że mam skurcze co 3 ,4 minuty tylko że ja od czasu do czasu je czułam
Kazał mi iść do domu sprawdzić torbe i na spokojnie wieczorem iść na szpital
Więc ja zadzwoniłam do męża i powiedziałam co i jak był za jakąś godzine już w domku
Posiedzieliśmy troche i ok 18 wybraliśmy sie do szpitala
Położna przyjeła mnie na oddział i kazała dużo chodzić
Ok 20 miałam bóle co 5 minut i już je wszystkieczułam.
do godziny 23 byl mój mąż ze mną i caly czas chodziliśmy po korytarzu potem ja poszłam na sale porodową a mąż do domu (bo gdybym wiedziała że tak będzie to był by ze mną cały czas no ale cóż kto mógł wiedzieć)
O godzinie 23.10 lekarz co sie poźniej okazało lekarz medycyny a nie ginekolog przekuł pecherz z wodami plodowymi
No i wtedy się zaczeło bóle miałam z krzyża i z brzucha bolało strasznie
Sedziałam na piłce leżałam na łóżku kucałam tak jak mi kazali położna przychodziła co jakiś czas bo rozmawiała z salową o weselu które miała w sobote więc byłam sama
nie dostałam zadnego znieczulenia a z bólu nie mogłam wytrzymać jak poprosiłam o coś przeciwbólowego to położna powiedziała ze nie bo zostanie zatrzymana akcja porodowa
Lekarz przyszegł o godzinie ok 2 no i się konkretnie zaczeło
położna powiedziała że jak mi sie będzie chciało kupe to mam z całych sił przeć no i tak robiłam ale nie mogłam jej urodzić nie miałam sił
Połoźna nacieła mnie raz potem drugi a lekarz próbował bypchnąć mi Julkę przed oczami miałam już ciemno.Mówiłam im że nie mam już sił że mi słabo to krzyczeli na mnie co ja robie dziecku itp.
Wyczerpana resztkami sił i przy pomocy lekarza 28 października o 3.10 urodziła sie Julka ważyła 3840 a długości miała 56cm dostala 9 pkt bo była sina
Gdy położyli mi ją na brzuchu to było takie dziwne uczucie nie wiedziałam co myśleć.
Potem wzieli niunie do siebie nie wiem co robili lekarz zrobił mi zastrzyk i zaczoł zszywać nie poczekał jak zastrzyk zacznie działać tylkood razu zaczoł zszywać wszystko czułam a położna powiedziała coś takiego "jaki poród takie zszycie "
jak mnie zszył to była gdzieś godzina 4 to dopiero polożna powiedziała coś takiego" a urodziłas córke 3840 i 56" Potem przynieśli mi Niunie i zostałyśmy same. Dałam jej cyca ale nie chciała ssać tylko patrzyła sie na mnie tymi swoimi granatowymi oczentami była piękna a mi łzy płyneły po policzkach. Leżałyśmy tak sobie a ja zaczełam zastanawiać sie nad imnieniem. Było juz wybrane wcześniej ale nie pasowało mi do niej imiona Weronika Wiktoria więc wybrałam inne i została Julia.
Same byłyśmy od 4 do godziny 7 jak sie zmieniają położne. A przecież powinnam być z dzieckiem na obserwacji 2 godziny po porodzie a do nas nikt nie przyszedł aż do 7 rano jak przyszła położna i salowa. umyły mnie pomogły sie przebrać i zawiozły nas na sale potem przyszedł mąż ok 7.30 mie zauważył małej więc powiedziałam "Pozanj swoją corkę " Gdybyście zobaczyly jego mine i oczy nie zapomnie tego do końca życie aż łzy mi popłyneły

No i cała to moja relacja nie wspominam tego dobrze bo wszyscy mnie totalnie "olali" rodzić w nocy nie polecam nawet najgorszemu wrogowi no chyba że będzie miała opłaconą położną bo ja nie miałam



Dołączona grafika

Dołączona grafika
Dołączona grafika
Dołączona grafika

#9 MaJo

    Użytkownik

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 48 Postów

Napisano 11 czerwiec 2008 - 08:49

Aga jak widać z mojej relacji (tuż nad twoją) mimo, że nie rodziłam w nocy miałam bardzo podobne przejścia, a teksty "Jak nie chcesz skrzywdzić dziecka to przyj" rozwalają! Ja się na porodówce z tego powodu omal nie poryczałam i mówię, że przecież nie chcę skrzywdzić własnego dziecka (a myślę sobie, że nie może nic mu się stać, nie teraz, nie po 9 msc, i tak długim wyczekiwaniu i modlę się by było OK) że ja nie umiem przeć, a one to się staraj! A ja się starałam z całych sił, ale nie umiałam, nie miałam sił... Niczego tak nie pragnęłam jak wypchnąć małego, a one wzbudzały we mnie poczucie winy!
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

#10 ~~Agnes~~

    Stały Bywalec

  • Użytkownicy
  • PipPipPip
  • 71 Postów

Napisano 11 czerwiec 2008 - 08:56

u mnie było to samo czułam sie fatalnie

po porodzie położna powiedziała ze mowiła tak specjalnie by mnie zmobilizowac
ok doobra mozna cos powiedziec ale nie w taki sposób !!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dołączona grafika
Dołączona grafika

#11 MaJo

    Użytkownik

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 48 Postów

Napisano 11 czerwiec 2008 - 09:00

Zgadzam się w 100% położne mobilizują w sposób dołujący, ja do tej porty mam poczucie winy! To jakaś masakra! Płakałam po porodzie, że co ze mnie za matka, że poddusiłam małego (też w pierwszej minucie dostał 9 punktów za zasinienie kończyn), że nie umiałam go wypchnąć (wyciągali VE)
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

#12 Guest__*

  • Goście

Napisano 12 czerwiec 2008 - 22:09

Ja wspominam swój poród podobnie :? MOże nawet go opiszę.
W dniu terminu 10 lipca poszlam do szpitala,chociaz nie działo się nic,ale tak zalecił mój lekarz. Przeleżałam sobie kilka dni w szpitalu,słuchając strasznych historii ciężrnych kobiet,których dzieci miały wrodzone wady i ten szpital (CZMP) był dla nich ostatnią deską ratunku. Byłam bardzo zmęczona psychicznie. W piatek zdecydowano,że pomoga mi urodzić,więc podłaczyli cos dziwnego,zwanego balonikiem .To było cos w rodzaju cewnika,co miałam cały dzień podłaczone i musiałam z tym chodzić i mialo niby rozszerzyc szyjkę.Na oxy się nie zdecydowali,bo nie było rozwarcia.Ten balonik g... dał,ale zostałam na sali przedporodowej. Z mężam cały wekend spotykałam się na korytarzu,bo tam nie było odwiedzin.Za rada siostry, chodziłam i skakałam,żeby to sie wreszcie skończyło. W niedzielę koło południa przyjechał mąz i chodziliśmy koło szpitala. POtem jak szłam po schodach poczułam skurcze. Po jakimś czasie powiedziałm połoznej,że chyba cos się dzieje,ale KTG kompletnie nic nie wykazało (zresztą podobnie jak w trakcie porodu :shock: ).No i genialna położna stwierdziła,że wmawiam sobie,że rodze,a nie rodze na pewno. Odesłałam męża do domu,ale powiedziałam,że czuję,że będzie musial tu wrócić. No i tak wiłam się z bółu,aż chodziłam na czworakach,ale położna nadal,że to nie poród :evil: No i tak od godz, 12 do 19 doczekałam do zmiany połoznych i niestety zmieniła się na taka jędze,że jakbym spotkała ją na ulicy,to spieprzałabym gdzie pieprz rośnie.Ta urocza kobieta wsadziła mi palucha tak głeboko i przy dziewczynach, z którymi leżałam,że krew się polała a ja byłam przerażona. A ta pinda sobie wyszła :o No i ja tak stalam w kałuzy krwi i nie wiedziałam co robić. A za chwilę przyszła ta krowa i się pyta dlaczego nie jestem spakowana,no to płacząc wrzuciłam rzeczy do wieliiej torby i czekam(ogólnie to chciałam wiać do domu).A ta znowu przylazła i pyta dlaczego nie idę.No to zwięłam torbę,ale była za ciężka,więc koleżanka z sali pomogła mi nieśc,a ta położna powiedziała,że co ja sobie wyobrażam,że każe cieżarbej nieśc ciężką torbę :shock: :shock: (a ja to niby nie w ciąży) :x No i zaniosłam sama torbę na porodówkę,gdzie ta pipa nie pozwoliła mi zadzwonić do męża. Po czym po 15 minutach rzuciła mi telefon na łózko.No to zadzwoniłam no i do czasu przyjazdy M. i po nim tez,darła się ta baba na mnie niemiłosiernie. Oczywiście teksty typu udusisz dziecko były normą.Do tego lekarz chyba się na mnie uczył. Gdyby nie mąz i to,że mi masowal plecy,to bym chyba umarła. Bóle z krzyża + brzuch :( To mąz prosił o basen jak chcialo mi sie siku,bo byłam podpięta do KTG i nie pozwolono mi wstać nawet na moment.Sala do porodów rodzinnych to kpina :x W sumie na porodówce spędziłam jakieś trzy godziny. POtem pod koniec mąz prawie zemdlał,więc kazali mu usiąśc, potem wyskoczyl Oluś i tak śmiesznie machał łapkami, a potem obsikał wszystkie położne :D :D Alez byam dumna.Z tego obsikania ;) ;)
Potem było szycie bez znieczulenia, za karę,potem badanie przez dupę (zajebiste uczucie),zwyzywałam tego gnoja lekarza :evil: Oczywiście dziecko zabrali mi zaraz po porodzie i leżałam w towarzystwie męza te dwie godziny,po czy wróciła ta krowa i zabrałam mnie na noworodki, po drodze powiedziała: widzisz co zrobiłaś?Wykończyłas męża!!! A mój mąz spojrzal na nia tylko z politowaniem.
Niestety tak wyglądają porody w Polsce i chyba długo jeszcze będziemy sto lat za murzynami.
Te bardziej wrażliwe niech nie czytają :oops:

#13 MaJo

    Użytkownik

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 48 Postów

Napisano 12 czerwiec 2008 - 22:19

Evi - ja bym krowę zabiła! Co za baba?! Moja położna była dla mnie mało sympatyczna (bo miała dyżur 24 godzinny i nie miała ochoty na odbieranie porodów - tak mnie uprzedzała jak jej powiedziałam idąc na podłączenie do OXY, że dziś urodzę) ale ta "Twoja" to porażka! Najgorsze jest to, że ani mężowie , ani żony jak rodzą pierwszy raz nie są w stanie zwymyślać takich krów! Jak będę rodzić następnym razem to nie dam sobie w kaszę dmuchać! Ale jak człowiek idzie rodzić pierwszy raz to jest wystraszony, przerażony, nic nie wie - jak pierwszoklasista i tak się powinno go traktować, a nie jak "skaranie Boskie"
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

#14 april

    Stały Bywalec

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 2175 Postów

Napisano 14 czerwiec 2008 - 20:17

Evi o matko jedyna!
nie opowiadałs tego nigdy chyba!
ja opowiem swoje jak się zbiorę do kupy bo póki co to mnei telepie po przeczytaniu waszych opisów!
Dołączona grafika
Dołączona grafika
Dołączona grafika

#15 Guest__*

  • Goście

Napisano 15 czerwiec 2008 - 14:34

A no własnie dlatego nigdy nie byłam w stanie tego opiesać. Dopiero teraz po prawie dwóch latach jakos mi się udalo.

#16 Izys

    Moderator

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 13831 Postów

Napisano 15 czerwiec 2008 - 21:23

ja wam współczuje porodów, na prawdę. Ja miałam dwa razy cc planowane od początku, bo mam dużą wadę wzroku, ale mimo wszystko to było cudowne doswiadczenie, na porodówce nie było strasznie za bardzo, choc dwa razy trafiłam na tę samą krowę starą taka raszplę, ale po kolei...
najpierw WOJTUŚ
na przedzie zaznaczę, że tp był na 3 lipca, a my od 1 maja mielismy remont w chałupie...kilka dni przed urodzeniem sie Wojtusia zdzieralismy sciany do tynku, bo "pomocnicy" tak nam pomalowali ze odłazilo wszystko na piechote :evil: :evil: :evil: wiec ja latałam z dwoma wiadrami z wodą, małzon szorował te sciany i darl sie na mnie ze nosze, a ja liczylam, ze dzieki temu szybciej urodze...wiecie jak to jest, przy pierwszym dziecku człek mysli jak bedzie maluch wyglądał, do kogo podobny, wogóle taka mega nowosc...no i ja tak czekalam na tego naszego synka wiec wolałam zapierniczc z tymi wiadrami, dostac skurczy i niech ciachają...no ale nadszedł czas chodzenia na ktg...za pierwszym razem godzina na leząco, łezki w oczkach bo serduszko stuka tak cudnie...za drugim tez nic...za trzecim razem, 4 lipca, lezalam podpięta do kt, co chwile przychodzily polozne sprawdzac co się dzieje, no i jedna stoi, drapie sie po łbie...idzie po drugą...stoja we dwie i znow drapią sie po łbach, wgapiając się w wynik, zawołałay trzecią. ja stan przedzawalowy, a jedna mowi do tych dwóch - ej, tak moze byc czy co to jest? i słysze odpowiedz - lepiej niech to lekarz zobaczy...no to ja wylew, zawał, paraliż i nie wiem co jeszcze, pytam sie co jest, a one ze wszystko ok, wiec ja z gębą na nie...przyszedł moj medyk kochany i mowi, no to sie zaczęło, zostaje pani na noc na trakcie, jutro cięcie...zostałam przyjęta okolo 13,00, upal na dworze ponad 30 stopni, ja od rana nic w gębie ani jedzenia ani picia, oni zabraniają mi pic i jesc...Jerz po torbę pojechał...wlazłam na trakt, bladzisko to stare mnie zobaczyło i mowi - a ty tu po co - czaicie od razu na ty wali, ja miałam jej odpowiedzie, ze ot tak se wpadłam, ale sie w język ugryzłam, ona sie mnie pyta kto moim lekarzem, ja mowie, a ona - to niech se zabiera na swoj oddział, tu nie ma miejsc (moj jest na operacyjnej ginekologii)
a za chwile nazwisko, imię i uwaga - data slubu!!!! ja w czarnej dupie z nerwów byłam i zapomniałam, siedze i licze, w mkoncu jej mowie, a ona dalej jakies kretnskie pytania mi zadaje, w koncu jej mowie - czy numer buta tez mam podac, a ona gały na mnie i zamkneła sie w koncu...i mnie na stołeczek, bo nic innego nie ma...i ja natym stoleczku swiadkiem dwóch porodów z wybitnie drącymi się babami i masą krwi na podłodze (w jednym boksie pani sprzątała własnie po jakims porodzie i taką krew zbierała...), okolo 18 dali mi lezanke, ja uschnięta z głodu i pragnienia, bo dalej zabronili, nie wiedzieli kiedy cięcie, w koncu dali mi dwie kromeczki bułki paryskiej z pastą jajeczną (w zyciu tego nie zapomne, bo wyczekany posiłek to był od rana i wybitnie mi smakował), ktg, i wkoncu po 23, po kolejnym porodzie jakijes bluzgającej szesnastolatki, połozyły mnie na noc na łożku porodowym...poszłam sie umyc i zobaczyłam ze czop mi odszedł...i zaczął mnie potwornie bolec kręgosłup i plecy z tyłu...Boziu, miejsca znalesc nie mogłam, klekac nie, lezec nie, siedziec nie, myslałam ze zajoba dostane...w koncu poszlam do poloznych po ratunek...dały mi pyralgine, poszłam spac....o 6 rano mi kazały na lezanke wrócic, bo jakas laska zaczęła rodzic...
koło 9 przyszedł moj kochany Maruś i kazał mi sie na południe szykowac...no to ja kramik zebrałam (wtedy nie wiedziałam jeszcze ze mozna miec tylko mala trobę, małzon nie wziął mi jakiejs innej torby tylko dwie reklamówki z biedronki no i taki bagaż miałam :D :D :D :D ) i poszłam do dziewczyn na sale przedporodową, nagle koło 10 wpada połozna i ryczy ze gdzie to ja się szwendam, ze ja do cięcia juz....o matko, serce mi wali, oni mnie na wozek, stoi kolo mnie jakis praktykant (rodziłam w klinice AM) i wywiad ze mną prowadzi, w tym czasie polozna mnie goli i zakłada cewnik, ja pisnęlam bo zapiekło, a ona ze dobrze ze poczulam, pytam czy musi byc cewnik a ona - czy chcialaby pani sie zsikac pod siebie? ja mowie ze nie, a ona - to musi ;) ale fajnie gadala ze mną, nich chamskiego nie było w tym...no i oni mnie wielką windą towarową powiezli na patologie - tam sa sale operacyjne, i do sali, rozebrały mnie tam do rosołu, przyszedł anestezjolog przedstawia siebie i siostrę Danutę (super baba). A ja sie pytam czy ta lampa ufo to sie musi swiecic, przeca widno na dworze, oni sie smieją i pytają, czy wole miec slalomem cięcie wykonane po omacku i tym atmosfera rozladowana juz była. Anest mnie podłaczał, wszystko mi mowił co robi i sie pyta po co mi okulary, ja mowie, ze slepa jestem prawie całkiem, on w smiech, zabrał mi, ja mowie ze musze miec bo sona nie uda mi sie zobaczyc, a on ze mi załozy, no i kazal siąść, wbijał sie ze trzy razy w koncu mowi - niechże pani ręce opadną, o polityce niech pani pomysli czy cos...no to ja smiech, on ze mną i mowi nie rzyj kobieto bo mi sie ręce trzęsą, w koncu udaje sie..po głosie rozpoznaję mojego Marusia i słysze - ogladała pani mecz wczoraj (jakies mistrzostwa byly, czego to zabijcie mnie nie wiem) ja mowie ze nie, bo mnie pan niepotrzebnie zostawił na porodówce i ze co sie napatrzylam i nasłuchałam to moje i ze nawet nie wiem kto grał, a oni z oburzeniem chórem - no jak to, włochy niemcy!!!!!!!! ja w tym momencie poczułam ze nic nie czuje no i moj medyk jodyną mnie traktuje po brzuchu, ja to czuje, a on mowi - no to zaczynamy, a ja jakie zaczynamy, co zaczynamy, ja wszystko czuje jeszcze, znieczulenie nie dziala, na co anest moi - pani pacjentko, działa, bedzie pani czuc, ale nie bedzie bolało, a jak zaboli to znieczulimy jeszcze raz i w smiech...moj doktorek kochany ciągle sie pytał czy sie dobrze czuje, w koncu ciachnąl, a anset mowi - poniewaz pani nic nie wiedzi to ja pani powiem co sie dzieje - dwoch lekarzy lezy na pani brzuchu i rodzą pani dziecko :D w koncu wyjęli Wojtunia, Marus mówi - to co to miało byc, ja mowie - niby chłop a anest na to - pani kochana, jakie niby, nie ma niby, albo chłop albo baba, niby chłop zycia by nie miał :lol: :lol: wszyscy w smiech, Marus mowi ze jest synek, Wojtus, tak miało byc? ja mowie ze ta, ze Wojtus i ze dlaczego on nie placze, za chwile Biszk zameczał cichusienko, przyniesli mo go pod nos, anest załozył i okulary i zobaczyłam pierwszy raz mojego synka - wielkie konisko z ogromniastymi granatowymi gałami co sie na mnie gapily badawczo i gęstwiną włosów ciemny blond...mowie do niego czesc synku, to ja, mama, a on mnie cap łapką za kudły :D :D i dwie połozne go odplątywały tak puscic nie chciał :D :D i ja mowie, o marko, jaki on wielki! a anest mowi, no, pani pacjentko, pani moze nie Agata Wróbel ale tez nie ułomek :D :D :D (wazyłam 81 kg jak mnie na porodówke przyjmowali, do tego ma 176 cm wzrostu) :D :D :D no i w koncu pytam jakie gabaryty ma to moje słoniątko i słyszę powalającą odpowiedz - 3940 i 61 cm :shock: :shock: :shock:zaszywał mnie ten moj Maruś i gada ze mną i mowi ze szkoda ze tv na sali nie mają, zawsze jakis meczyk czy cos, a i pacjentka by sie wyluzowała, ja mowie ze w Urzedzie wojewodzkim robie, w wydziale od funduszy europejskich, ze załatwimy i wogóle i sie smiejemy, po czym anest mowi ooo, wojewode pani widziała i pyta kto jest, ja mowie kto (przypadkiem Wojciech miał na imie) oni na mnie gały a ja mowie, no co, sonek nie po wojewodzie imie dostał i znow w smiech :D :D po zszyciu dostałam takiej telepawki ze matko kochana i mowie ze mi zimno pierunsko a anest do mnie - ciesz sie kobieto, na dworze 40 stopni :D :D :D no to ja ze królestwo za kocyk, a on mowi - to juz lece :D :D w koncu mnie przeniesli na łóżko i wywiezli, przed salą stała moja mama i Jerzyk caly zielony z wrazenia, bo oni czekali caly czas i mama musiała powiedziec do malża - no pocałuj zone, a on bladziuchny nachylił sie nade mną i dziubka dał, a połozne mnie powiozly na sale na położnictwo...jak tam sobie lezałam, przywiozly niunka i powiedzialy - popatrz sobie na mamusie, a on lezal cichutko i machał lapkami i wkoncu zapętał sobie pieluszkę na buzię i się rozplakał i musiałam poprosic dziewczynę obok zeby go rozplątala...w koncu cyckowanie - Biszk od razu zalapal o co chodzi i przyssal się jak na Małego Głoda przystało :D :D
to na prawde mimo bólu było cudne przezycie i wspominam je przyjemnie, dostawałam zastrzyki przeciwskrzepowe i obkurczające macicę, oklady z lodu, kroplówki...najgorszy ból przetrwalam podczas znieczulenia, a po 12h przeszłam salę w tę i z powrotem...najgorsze w tym szpitalu jest samostnosc...nie ma odwiedzin na salach, jest tylko jeden pokoj odwiedzin...i w tych chwilkach tuz po porodzie, z noworodem nie moglismy byc w komplecie...ja Biszka obejrzalam sobie dopiero jak na cycanie mi go polozna podała, sama przeca nie wstałabym...ale na prawde, ja to wspominam mile...

teraz CZARUŚ
termin byl na 4 kwietnia, wszystko pokomplikowane przez fakt Biszka, z ktorym rozstac sie nie mogłam, choc cięzko mi juz nawet łazic było...ale do medyka latac trza było...i na to cholerne ktg...umowiona bylam na cięcie z lekarzem moim na 2 kwitnia, ze mam sie stawic na IP i on mnie przyjmie i potnie, ale ze jeszcze 1 kwietnia mam przyjechac na wszelki wypadek. szlag by ten przypadek trafił, bo na ktg lezałam z godzine, jakies znaki zapytania sie swiecily, alarmy sie właczały, koszmar po prostu, zadnej krowy w poblizu nie bylo, a jesli juz przylazla, to wyłaczyla i poszła dalej...ja umierałam ze strachu na lezance i przypominało mi sie wszystko...przylazł tez jakis lekarz, chamisko takie, nazwisko mi sie na usta cisnie, ale nie powiem, i on do mnie ze musze zostac w szpitalu, bo mam za wysokie cisnienie (150/99) i ze oni tylko lezanki mają wolne, ale ze ja musze i wogóle...ja w płacz (wiecie, hormony, lasowanie mózgu, automatycznie uruchomiona tęsknota za Biszkiem, tragedia po prostu) i ze ja nie chce...ten na mnie jak na idiotke i z mordą że on nie bedzie na siebie brał odpowiedzialnosci za lozysko co sie moze odkleic w kazdej chwili, ze sie dziecko udusi...ja w bek, Jerz przyjechał z Biszkiem, ja znow w bek, w koncu kazałam sie wypisac, polozne powiedziały ze tragedii nie ma z tym cisnieniem, ale w razie co mam natychmiast jechac na IP. Pojechałam do domu mierzac cisnienie co poł godziny, spadlo ladnie do mojej klasycznej normy - 120/80 :) 2 kwietnia stawiłam sie na IP o 15, jak mi lekarz moj przykazal, zwyta po rozstaniu z Biszkusiem moim kochanym, poszłam na ktg, i czekałam na Marusia. Przyjął mnie na porodówke ( ze smiechem, słyszłem ze sie pani nie dała przyjać na porodówke, buahahahaha)i dowiedzialam sie ze jestem 7 w kolejce do cięcia...na porodowce telepawka, stres, płacz, łacze telefoniczne z mamą i Jerzem co na IP kukali...Marus do mnie zaglądal i koił nerwa, w koncu jasne było ze czarunio nie zdaży urodzic się 2 kwietnia...a tak mi zależalo...modlilam sie za posrednictwem Jana Pawla II zeby sybciej leciało i zeby miał mnie i sonka w opiece...i udało się - na sali ta sama siostra Danuta - jak im to pwoiedzialam to anest sie zapytal czy moze jego nie pamietam, ale to nie był ten sam, wiec mowie, a ktoras z pielegniarek mowi - no to ma pani przechlapane, podpadła pani anestesjologowi :D :D znow zarty i wygłupy, Mareczek dbajacy o moje samopoczucie, mowie do nego ze teraz mu latwiej bedzie bo tnie po sladzie i znow w smiech wszyscy :D :D a on ze sie ładnie postara, na to ja ze uśmiech na brzuchu i tak jest ładny i oni znow w smiech...i takiej cudnej atmosferze o 00:50 juz trzeciego kwietnia urodził się Czarunio obsikując lekarzy :D :D był jakis fioletowy i mało go widziałam, bo mi okulary zabrali, ale darł się jak nakręcony :D Pan doktor sam sie dowiedzial ile mały wazy i mierzy (marnie w porównaniu z bratem - 3750 i 55, moj kurdupelek kochany) i mowie jaki on malutki, a polozna do mnie, a co, dwumetrowego by pani od razy chciala? :D :D :D moj pan doktor został ze mną do konca i na lóżko mnie przekładał, bo ja słonica 86 kg :D :D
przed salą czekał Jurus z moją mamą, cały szczesliwy, to mi dawało tyle sily jak wiedziałam ze są ze mna cały czas...
pojechał do Biszkopta a ja do izolatki...potem dzwonilam do niego i pytalam jak Czarunio wygląda, bo nawet go dobrze nie widziałam bo mi okularów nie dali...Juruś powiedzial, ze cudny, ale jak rano mi go przyniesli to taki cudny nie był :D :D :D :D teraz za to wycudniał i jest najcudniejszy na swiecie :D :D :D :D
Dołączona grafikaDołączona grafika
Biszkopcik
Dołączona grafika
Bielinek
Dołączona grafika
Paciusi
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Without love I couldn't believe in You and I wouldn't beleive in me. I believed in love.


Aniołeczkom (*)

#17 MaJo

    Użytkownik

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 48 Postów

Napisano 16 czerwiec 2008 - 22:30

Miło się czyta, takie relacje, dobrze, że ktoś miał wesoły poród :) a jeszcze milej, że oba dobrze wspomina :D
Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika

#18 Dajana

    Stały Bywalec

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 2341 Postów

Napisano 18 czerwiec 2008 - 10:59

Evi - współczuję ! W ogóle to skąd się tacy ludzie biorą. Zachowują się jakby pracowali za karę. Normalnie przeżyłam szok jak czytałam o Twoim porodzie.

Ja swoje porody wspominam dobrze.
Kubusia miałam rodzić naturalnie, ale mimo że byłam w 3 fazie porodu rozwarcie miałam na 3 cm - dlatego miałam zrobioną cc.
Od pierwszych skurczy do cc minęło 15 godzin. Po ok. 5 godzinach ordynator polecił mi abym zdecydowała się na znieczulenie. Ja zabardzo nie byłam przekonana. On jednak nalegał - stwierdził że przede mną jeszcze kilka godzin zanim urodzę i szkoda zebym się tak męczyła. Ja jednak dalej byłam nie przekonana. On wymiękł i zaproponował że jak się zgodzę to obniży mi cenę o połowę za to znieczulenie :D i faktycznie zamiast 300 zł, zapłaciłam 150 zł :D Chyba warto było tak odkładać decyzję o tym znieczuleniu.
Kiedy mi je podali poczułam ulgę, nic nie bolało i nawet zdążyłam się wyspać.
Po kilku godzinach lekarz stwierdził, że przebiją pęcherz (czy jak się to nazywa) zeby odeszły wody płodowe - to może wtedy rozwarcie będzie większe. Niestety nic to nie dało. Podłączyli mnie do ktg. Po 2 godzinach stwierdzili że nie ma na co czekać i robią cc. Pielęgniarki pomogły mi przejść na salę operacyjną i nawet torbę mi wzięły ;)
Decyzja o cc była podjęta bardzo szybko. Okazało się że dziecku zaczęło spadać tętno. Podano mi znieczulenie do cc, jednak sytuacja zaczęła się robić nie ciekawa, dlatego zrobili mi cc nie czekając aż znieczulenie zadziała. Tych wrażeń opisywać nie będę. z racji ogromnego bólu podali mi tlen, przy którym "odleciałam". No i niestety przespałam poród mojego syna Kubusia.
Obudzili mnie dopiero na sali pooperacyjnej. Wtedy dopiero zobaczyłam pierwszy raz moje maleństwo :D

Poród Dawidka odbył się w tym samym szpitalu. Tym razem rodziłam naturalnie. Od pierwszych skurczy do porodu minęło 17 godz. 8-)
Tym razem znieczulenie wzięłam od razu jak tylko się dało. W tym samym czasie rodziła dziewczyna, więc wspierałysmy się na wzajem.
Pielęgniarki były miłe i lekarz również.
Przy samym porodzie obecna była położna i lekarz. Obydwoje byli tacy mili i bardzo fajnie mobilizowali mnie do parcia. To z ich pomocą urodziłam i jestem im za to wdzięczna. Kiedy urodził się mój synuś, pielęgniarka zawołała mojego męża na salę (co było zabronione). Po dwóch godzinach poszliśmy wszyscy razem na inną salę gdzie spędziłam 2 dni.
Moje 3 męskie skarby!!!

KUBUŚ - 26.06.2003 r.
DAWIDEK - 01.07.2006 r.
MICHAŁEK - 26.09.2010 r.

#19 Megu

    Ja TU rządzę. I tyle.

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 5891 Postów

Napisano 27 czerwiec 2008 - 14:02

Mój poród też nie należał do koszmarnych. Był super.

Poród Adasiowy, to było super przeżycie. Takiego porodu każdemu życzę.
Zdecydowanie najłaskawszy był dla mnie, najbardziej świadomy, pamiętam każdą minutę z tego dnia.

Wszystko zaczęło się w środę, 28 maja, kiedy to zgłosiliśmy się na IP, 12 dni po terminie. Pełna byłam nadziei, że w końcu będziemy mogli poznać tego uparciuszka.
Po wstępnych przygotowaniach, tysiącu pytań i podpisów weszliśmy uśmiechnięci na salę porodową w celu wykonania testu oksytocynowego.
Na dworze było ciepło, pachniało wiosną, całkiem jak nie w szpitalu :)
Personel fajny był na naszej sali. Położna główna ta sama co odbierała Zosię, lekarz mój ulubiony. Potrafił facet zawsze poprawić człowiekowi humor.
Podłączyli zapis ktg, myśmy się rozlokowali, radyjko uruchomiliśmy.
Pierwsze badanie, stan wód, zapis wszystko ok. Wszystko gotowe do porodu, raczej ruszy.
Podłączyli pompę, oksytocynka płynęła, skurcze się pisały, a ja przysypiałam. Wszystko szło jak trzeba. Gdy tylko odłączyli pompę, skurcze zaczęły się wyciszać, a po 1,5 godzinie nie było ich wcale. I tym oto sposobem zostałam oddelegowana na patologię.
Na patologii było smutno, tęskniłam za dzieciakami, nic się nie działo. Znajomy doktorek się zlitował, i na 30 maja wpisał na listę do indukcji. Czas się dłużył niemiłosiernie.
W międzyczasie babki na sali wyjeżdżały na blok porodowy, dwie męczyły się na sali. Mimo że nie bałam się samego porodu, ciut niepokoju się we mnie zrodziło.
Aż w końcu wybiła godzina 6.00, dnia 30 maja. Wstałam bez pobudki, wymieniłam kilka smsów. I czekałam na sygnał do wypadu. Czas ciągnął się jeszcze dłużej niż zwykle. Do tego Łukasz stał w korku, a 8.00 była coraz bliżej.
Nadeszła chwila upragniona kiedy to złapałam swoją mini torbę i pognałam na blok. Położna prawie biegła za mną. Wszyscy się śmiali, że tak mi spieszno. Jak usłyszeli, że to tyle po terminie, że nie pierwsze to chyba zaczynali mnie rozumieć.

Na bloku wylądowałam w sali z wanną, i choć pierwotnie chciałam salę z prysznicem, w rezultacie byłam zadowolona. Położna wykonała swoje czynności. Ogoliła (na moją prośbę), zrobiła lewatywę (też na moją prośbę), pozakładała wkłucia i takie tam. Przyszła opiekunka studentów i pytała czy wyrażam zgodę na ich obecność. Czemu nie, ale badać mnie nie będą, co sobie zastrzegłam. W końcu gdzieś się uczyć muszą. Gdyby to był pierwszy poród, pewnie bym się nie zgodziła.
Tak doczekałam 9.00 i męża mego.
Podłączyli mnie do ktg, w radyjku muzyczka sobie leciała. Zaczęliśmy obstawiać, do której się wyrobimy i czy Łukasz na obiad zdąży. Położne krzątały się i przygotowywały wszystko do podłączenia pompy. Po godzinie zapisu badanie i pompa. Koło 10.00 wszystko zaczęło się ruszać. Czekałam tylko, żeby główka dobrze się docisnęła i żebym mogła wstać na nogi trochę.
Wcześniej rodziłam na leżąco od początku do końca i nie było to najprzyjemniejsze.
Skurcze były i zanikały, w końcu lekarz przebił pęcherz i wtedy ruszyło z kopyta. Nie było odwrotu.
O 11.30 dostałam zielone światło na chodzenie. Zwiedziliśmy dokładnie salę. Repertuar w radiu był całkiem fajny, studentki się śmiały, że jeszcze chwila i tańczyć będziemy. Poskakałam na piłce, weszłam do wanny, później studentka masowała mi plecy (polecam małą gumową piłeczkę z wypustkami, rewelacyjna do takiego masowania), małżyk pomagał w oddychaniu. W międzyczasie rozmawiałam z mamą i Szymkiem. W pewnym momencie ogarnął mnie dziwny niepokój. Taki irracjonalny strach. Nie wiem, czego się bałam. Miałam wrażenie, że zmiażdży mi płuca ze strachu. To było jakbym się przebudziła po jakimś koszmarze. Łukasz mnie uspokajał, nie pozwolił się nakręcić, bo wtedy ciężko to widzę. W tym właśnie momencie dostałam smsa od Agusi, że z Olką super i że jest na pewno Olką, poryczałam się jak wariatka i mi ulżyło. I jakoś udało się opanować sytuację.
Tak nam czas mijał. Koło 13.30 zaczęło być już boleśnie na tyle, że zdecydowałam się na kolejną kąpiel. Po 15 minutach położna zbadała rozwarcie i kazała zdecydować, czy rodzę do wody czy wychodzę, bo jest już 8cm. Szybko wyszłam, między skurczami się wycierałam i ubrałam i wdrapałam na fotel. Nie wierzyłam, że to JUŻ. Myślałam, że to jeszcze trochę potrwa. Zaczęły się parte i przy trzecim Adaś wylądował na moim brzuchu. I był cudnie cieplutki, piękny i MÓJ. Nie obyło się bez łez, dumny tatuś przeciął pępowinę. I płakał jak dziecko. Nawet Adaś tak nie płakał :)

Zabiegi poporodowe to już inna, mniej przyjemna historia. Na szczęście za ścianą czekało nasze małe uparte dzieciątko.
Przystawiony do piersi jeszcze na sali porodowej poradził sobie doskonale.

Muszę napisać jeszcze, że nigdy nie spodziewałam się, że studentki będą tak pomocne. Co chwilę pytały, czy nam czegoś nie potrzeba, nie były przy tym nachalne. Pomagały przy masażach, tłumaczyły, doradzały. Atmosfera była naprawdę super.
Do tego położna - super kobieta. Tak ciepła, delikatna i miła, że przy następnym porodzie się o Nią postaram ;)

A tu pierwsza fotka nadająca się do publikacji ;)
Dołączona grafika

Meg i banda :)

Dołączona grafika
Dołączona grafikaDołączona grafika

Anioły ["]

#20 agusia

    Stały Bywalec

  • Lipcówki 2006
  • PipPipPip
  • 976 Postów

Napisano 28 czerwiec 2008 - 12:53

oj Ciociu !!!
wlasnie sobie polakalam ! pieknie napisane ! zazdroszcze troszke tego porodu :)
i nawet nie wiesz jak sie ciesze ze wiadomosc o Olce pomogla Ci sie wyciszc !!!!!!!!!!

Dołączona grafika
Dołączona grafika

[*]Oskarku





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych